Pomimo jawnej baśniowości tematu - ,,Hail Mary'' wyrasta na jeden z najlepszych filmów Sci-Fi ostatnich lat. Opowiadając rozczulającą opowieść o przyjaźni międzygalaktycznej - pomiędzy człowiekiem, a kamienistym potworem bez oczu o szlachetnym sercu. Wszystko (przed premierą) wskazywało, że historia zawiedzie miłośników twardej fantastyki naukowej. Jakiś samotny astronauta z gwiazd, ratowanie świata, Ryan Gosling jako wybawca z odzysku, plus nieszczęsny humor burleskowy wytracający tempo z linii kolejowej.
Wbrew obawom; okazał się czymś więcej, niż przypowiastką o ludzkiej determinacji w kosmosie. Jego niewinność wynika z niespiesznej, deklaratywnej narracji, gdzie komory ciśnieniowe utrzymują obce organizmy w stanie czujności. To także przykład, że kosmici nie muszą być uważani za zagrożenie, lecz prapoczątkiem oraz oznaką nowych układów koleżeńskich. Tradycyjny początek ukazuje bohatera budzącego się z kriogenicznego snu, gdzie jego załoga uległa wypadkowi. Martwi kombatanci kosmiczni, a na pokładzie Ryland Grace - niegdyś profesor nauk ścisłych z doktoratem wykładający na uczelniach klasy średniej. Nie pamięta za wiele, ma częściową amnezję oraz mało funkcjonalną przysadkę mózgową.