wtorek, 7 kwietnia 2026

O dwóch klasykach kina, które warto zobaczyć #4

Kadr z filmu ,,Piękna wieś pięknie płonie''.
Foto. Cobra Film Department

Wraz z nowym rokiem otwieram nową kategorię, czy nowy program na swoim kanale. Postanowiłem podzielić się wrażeniami z filmów, o których mało się mówi, lecz są godne polecenia (według własnego uznania). W tym przedziale będą pojawiać się filmy z lat: 1932-1999. Głównie skupię się na rzeczach mniej rozpoznawalnych, które nie miały szerokiego dostępu, albo są nagradzane, ale wciąż nie mają ,,rozgłośni''. Nie będę skupiał się na nowszych filmach, co nadeszły wraz z XXI wiekiem. Nie będę mówił czy obiecywał, jaka będzie częstotliwość tych materiałów, choć raz na miesiąc powinno się udać (a przynajmniej raz na dwa miesiące). Także, zapnijcie pasy - startujemy z nowego lotniska.

Dni i noce w lesie

Odkąd Satyajit Ray odkrył przed światem autorskie kino indyjskie mogliśmy przeczuwać, że nadchodzą gruntowne zmiany w kinematografii. Napływ nowej fali z Indii, Francji, Czech, Wielkiej Brytanii czy Polski doprowadził do tego, że do dziś uważam tę epokę za najlepszą w historii kina (lata 50.-60. moje ulubione, przypominam). Odkąd nakręcił ,,Droga do miasta'' w 1955 r. stał się jednym z czołowych wyzwolicieli indyjskiego pokolenia, który chciał przedstawić świat bez sztucznego efektu późnego Bollywood (którego mianuję jako upadek przemysłu indyjskiego w latach 80.). To obraz niezwykle trwały, bezpośredni i czarujący. Opowiada prześmiewczą historię o balandze w Azji Południowej, gdzie mężczyźni upijają się drinkami wraz z Hinduskami, które prowadzą babski wieczór, a kawalerzy mają zarezerwowany pokój z obsługą, gdzie dochodzi do serii przepychanek słownych, kąpieli pod słońcem (na świeżym powietrzu), wynajmując biedne kobiety z niższej warstwy społecznej do usług sprzątających. 

Miastowi uciekają na wieś, gdzie prowadzą hulaszczy tryb życia - przypadkowo wprowadzając się do domu starszego pana z młodymi pannicami, gdzie jedna z nich, czyta literaturę, a druga relaksuje się przy grze w badmintona przywdziewając sari (efekt kolonizacji Imperium Brytyjskiego, co rozpowszechnili tę zabawę z rakietą i lotką). Obyci intelektualiści mieszają się z klasą robotniczą, gdzie satyra na mieszczuchów przybywających do bengalskiej wioski ma w sobie efekt komedii Felliniego. To niezwykle płynny, komiczny i sardoniczny pokaz straconych mężczyzn, którzy zostali uwikłani w przekrój społeczny, co zakochują się w olśniewających dziewczętach. Podziwiając piękno z dala od etykietek cywilizacji. 

Foto. Priya Films

Film rozwija się nieśmiało. Z początku myślisz, że to jakaś podrzędna komedia o udawanych alkoholikach i pozornych myślicielach z odzysku, lecz po pół godzinie wskakuje na wyboiste tory i przedstawia szereg szalonych obyczajów na indyjskiej prowincji, z dala od gwarnej popeliny życzeniowej, gdzie kobiety z niższej warstwy strukturalnej uważa się za niegodne towarzystwa (jedna scena, jakby sugerowała, że to złodziejki). Gdzie kontakt międzyludzki staje się ważniejszy od statusu ekonomicznego, jak zamożni mężczyźni wypadają na lekceważących turystów znikąd.

 Zaprzyjaźniając się z rodziną, gdzie ojciec rozczulająco śpiewa na ganku o poranku, czaruje melancholią za dawną epoką, gdzie dominowały płyty winylowe (pojawiają się utwory Andresa Segovii - hiszpańskiego gitarzysty), wspólna zabawa w badmintona, beztroska na pustych polach, gry pamięciowe, które są moim ulubionym motywem w tej historii (postacie wymieniają kolejno wielkich przedstawicieli kultury, jak Gandhi, Donald Bradman czy niesławny Napoleon, który jest niejednoznaczny historycznie). Bawi się ludzką pamięcią do nazwisk z zaskakującą perfekcją (czuć w tym segmencie pewne napięcie, niekontrolowany erotyzm do kobiety, i komedię sytuacyjną). Ktoś powie, że to film zwyczajny. Czarno-biały, zapomniany kruk z indyjskiej kinematografii. W istocie, jeśli ktoś oczekuje pospiesznego kina z kacem nad ranem, bo panowie piją alkohole, to radzę odstawić tytuł na bok. 

Dla mnie, to świeża pamiątka z czasów, gdy kino nie wstydziło się mówić o piętnie etnicznym, o podziałach klasowych, gdzie uprzedzenia rodziły konflikty, a nie sztucznie udawano, że to mit (porównaj XXI wiek z latami 70., a zobaczysz różnicę gołym okiem!). Jednocześnie, to najzabawniejszy film Raya, jaki oglądałem. Indyjski twórca raczej słynął z gorzkich rozrachunków przeszłości, który opowiadał o biedzie w Indii, o małżeńskich perturbacjach w ,,Samotnej kobiecie'' (w rzeczy samej, historia o samotnej mężatce) z 1964 r. Jego szczerość, bezkompromisowość oraz lekkość powoduje, że jest niecodzienny w swojej codzienności. Nikogo nie piętnuje w swoich dziełach, ani zajętych bogaczy, ani Hindusów z marginesu społecznego - zawsze stawiał na twarde realia bez fałszywego, protekcjonalnego głosu z ambony, gdzie kobiety przedstawiał jako enigmatyczne żywioły pomiędzy wodą, a ogniem. Przebierając je w eleganckie szaty i nonszalancki romantyzm, bez proto-feministycznego uwielbienia, jak robią to dzisiejsze nieeleganckie damy w Hollywood. Czasem odnoszę wrażenie, że to zapomniany artysta zapomnianej epoki, dlatego warto przypomnieć, że ktoś taki istniał i rozbujał nadzieję w Indiach. 

Indie, 1970, 115'

reż. Satyajit Ray, sce. Satyajit Ray, zdj. Soumendu Roy, muz. Satyajit Ray, prod. Priya Films, wyst.: Sharmila Tagore, Simi Garewal, Samit Bhanja, Soumitra Chatterjee, Aparna Sen, Rabi Ghosh


Piękna wieś pięknie płonie

Zanim doszło do permanentnego rozpadu Jugosławii - powstał najważniejszy film tamtej dekady dla podzielonej Serbii, czyli zimnowojenny okrzyk buntu przeciwko rozerwanym więziom braterskim na bałkańskich ziemiach. I nie będzie przesadą stwierdzenie, że to kino powinno otrzymać szereg nagród, nie tylko ze względów historycznych, ale jako przykład, jak kino wojenne potrafi rozbawiać i szokować jednocześnie. Wybuch wojny domowej w 1992 r. spowodował, że w kraju byłej Jugosławii zapanował chaos. Podziały etniczne, masakra cywilów z przeciwnej strony barykady i głęboki kryzys gospodarczy doprowadził do ruiny, gdzie Chorwaci regularnie tłukli się z separatystami z Serbii. Każdy dążył do wyzwolenia narodowego, a sam konflikt jest na tyle problematyczny, że jako Europejczyk nie potrafię zrozumieć, dlaczego narody wzajemnie się antagonizowały (o tym konflikcie miałem większą świadomość po przeczytaniu wybitnego reportażu Wojciecha Tochmana o tytule ,,Jakbyś kamień jadła'', gdzie podziały społeczne w Bośni były płynne i niezrozumiałe dla osób z zewnątrz).

 To historia nowoczesna, tak bolesna i dotkliwa dla tamtego pokolenia, że film słusznie nie popada w pompatyczne tony i nie każe cierpieć na ekranie w imię słusznej idei, bo bohaterów nigdy nie było na żadnej wojnie, to propaganda przywódców, żeby wybielić własną stroną, którzy nie potrafią przyznać się do porażki własnego sumienia. Jestem ostatni w kolejce, żeby oceniać tamte wydarzanie, bo nie mam zamiaru zabierać głos w tej sprawie, lecz ,,Piękna wieś pięknie płonie'' dobrze obrazuje kalectwo intelektualne tamtych czasów. 

Foto. Cobra Film Department

Przedstawia wymiarowy kontekst straconej dawnej przyjaźni, która zostaje zatruta przez wzniecony kurz, ogień z karabinu i bezmyślną nienawiść do bliźnich z pobudek religijnych. Muzułmanin dzielił braterską miłość z Serbem od dzieciństwa, lecz, wraz z nadejściem skłócenia narodów chorwacko-bośniacko-serbskich, toczy niepoważny bój o ślepą wolność narodową. Twórcy nie przedstawiają przyczyn, lub inicjują konkretne objawy tego konfliktu, bo wrzuca w sam środek bałkańskiego piekła otoczonego swawolnym, wulgarnym humorem, gdzie amerykańska dziennikarka chce zrobić reportaż z pola bitwy, która zostaje uwięziona w tunelu wraz żołnierzami, którzy bronią się przed śmiercią. W radioodbiorniku słyszymy, że zmarł wielki wódz Tito (charakterystyczny przywódca Republiki Jugosławii, którego prześmiewczo ukazano w szwedzkim komiksie Maxa Anderssona o tytule ,,Bośniacki płaski pies''), w tle napisy na ścianach, które wychwalają jedną i drugą stronę konfliktu.

Tym bardziej boli, jak obserwujemy bliską relację między Serbem, a muzułmaninem, jak przyjaźń została zastąpiona podejrzliwością, niezamierzonym starciem upadłej świadomości zanikającego człowieczeństwo w splocie przypadkowych ofiar, gdzie pole bitwy przypomina wywróconą szachownicę, gdzie nie wiadomo, kto gra białymi figurami, a kto dzieli czarną planszę. Ta niejednoznaczność jest o tyle fascynująca, że nie wiemy, kto stoi po dobrej stronie granicy, co samo w sobie jest szlachetne, bo kogo masz uznać za dominującego, za odważnego, kto zasłużył na medal, a kto na potępienie? Jest daleki od płytkiej dialektyki, zamiast tego przedstawia zranioną przyjaźń i bitwę bez zwycięzcy. 

Jego niepohamowany, cyniczny humor znakomicie obrazuje zamazaną prawdę o szkodliwości wojny, która nie przynosi chluby, lecz cierpkie zmęczenie. Nie pyta o przyszłość federacji Jugosławii, bo Jugosławia była stracona, woli postawić na twardą brutalność okupowanych żołnierzy, którzy zostali przygwożdżeni do tunelu bez wyjścia, gdzie Tito, jak w jakimś pastiszu obcina sobie rękę w trybie dokumentalnym. Śmierć Tito, to symboliczny upadek dawnej socjalistycznej potęgi, i nie wiem czy to świadoma zagrywka, czy publiczne przyznanie, że kolejny dyktator ogląda swój upadek. Jest to produkcja zaskakująca na kilku płaszczyznach: omija politykę szerokim łukiem, nie zamierza bawić się w felietonistę, nie wyjaśnia niczego ponad program. Śledzi losy pojedynczych jednostek w straconej epoce, gdzie widmo podziału jest nieuniknione. Zarówno Serbowie, jak i Bośniacy wzajemnie sobie dogryzają na ekranie, przy okazji zabawiając publiczność niestosownymi żartami. 

Co ważne - nie próbuje być na siłę poważny, jak zrobili to Amerykanie w swoich propagandowych dziełach z lat 50. (kto widział ,,Stalag 17'' - wie, o czym mówię). To beztroskie, anarchiczne podejście do wojny sprawia, że film nie jest laurką dla żadnej narodowości, co stawia go w jednym szeregu wśród najwybitniejszych filmów anty-wojennych w historii kina. Gdzie makabrę miesza z nietuzinkowym dowcipem, gdzie Serb naśmiewa się z Kosowa, a potem krytykuje Tito. Ta bezczelność połączona z arogancją sprawia, że jak na trudny okres Jugosławii - oświadcza swoją jawną krytykę wobec każdego konfliktu społecznego, na tle religijnym czy etnicznym. W dodatku ma co najmniej dwa porywające motywy, jak w tunelu pojawia się bezbronna kobieta, gdzie żołnierze zastanawiają się czy zastrzelić niewiastę, bo istnieje ryzyko, że ma na sobie ładunki nuklearne, czy to tylko fałszywy alarm. To jeden z tych filmów w historii kina, które trzeba zobaczyć. Gorąco polecam.  

Federalna Republika Jugosławii, 1996, 115'

reż. Srdjan Dragojevic, sce. Srdjan Dragojevic, Biljana Maksic, zdj. Dusan Joksimovic, muz. Aleksandar Habic, Lazar Ristovski, prod. Cobra Film Department, RTS, Ministarstvo Kulture Republike Srbije, wyst.: Dragan Bjelogrlic, Nikola Kojo, Lisa Moncure, Petar Bozovic, Dragan Zaric, Admir Sehovic

0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz