piątek, 20 marca 2026

Projekt Hail Mary - Daleko od domu


 Pomimo jawnej baśniowości tematu - ,,Hail Mary'' wyrasta na jeden z najlepszych filmów Sci-Fi ostatnich lat. Opowiadając rozczulającą opowieść o przyjaźni międzygalaktycznej - pomiędzy człowiekiem, a kamienistym potworem bez oczu o szlachetnym sercu. Wszystko (przed premierą) wskazywało, że historia zawiedzie miłośników twardej fantastyki naukowej. Jakiś samotny astronauta z gwiazd, ratowanie świata, Ryan Gosling jako wybawca z odzysku, plus nieszczęsny humor burleskowy wytracający tempo z linii kolejowej. 

Wbrew obawom; okazał się czymś więcej, niż przypowiastką o ludzkiej determinacji w kosmosie. Jego niewinność wynika z niespiesznej, deklaratywnej narracji, gdzie komory ciśnieniowe utrzymują obce organizmy w stanie czujności. To także przykład, że kosmici nie muszą być uważani za zagrożenie, lecz prapoczątkiem oraz oznaką nowych układów koleżeńskich. Tradycyjny początek ukazuje bohatera budzącego się z kriogenicznego snu, gdzie jego załoga uległa wypadkowi. Martwi kombatanci kosmiczni, a na pokładzie Ryland Grace - niegdyś profesor nauk ścisłych z doktoratem wykładający na uczelniach klasy średniej. Nie pamięta za wiele, ma częściową amnezję oraz mało funkcjonalną przysadkę mózgową.

Ryan Gosling wciela się w zagubionego biologa, porzuconego w locie na samobójczej misji, jak tajemnicze Astrofagi pożywiają się energią Słońca. Małe kraby o zdolnościach poznawczych pożerają materię z układu słonecznego, co doprowadzi do globalnej katastrofy (tak, też jestem zmęczony odwieczną paniką, iż grozi nam klimatyczna zagłada, co dla przeciętnego chemika brzmi, jak ponury żart, ludzkość wyolbrzymia swój nadchodzący koniec). Film nie skupia uwagi na problemach jutra, raczej pozostawia fikcyjną naukę jako dodatek do rozbitka z kosmosu, który nawiązuje kontakt z obcą masą - animatronicznego pająka o gołębiej naturze zamkniętego w kuli ciśnieniowej ze szkła. Ryan Gosling już w przeszłości wyruszał w daleką podróż bez mapy - w ,,Pierwszym człowieku'' (2018) był załamanym ojcem, który składał hołd córce lądując na Księżycu. W ,,Drive'' (2011) był zwyczajnym samotnikiem, o kamiennej twarzy i dysfunkcyjnej amoralności. Jego doświadczenie filmowe pozwala opanować trudny język filmowy, gdzie grasz w monodramie na przeciwko lalkowatej kukiełki - fikcyjnego kosmity o kamienistych ramionach, któremu głosu użyczył melodyjny James Ortiz. Zdystansowana, opanowana, dyskretna struna głosowa przemawia za twarzą quasi-potwora z dobranocki, a jest bardziej słodki, niż słodzik. W dużej mierze, to udawany potwór z kreskówki staje się cichym bohaterem tej opery kosmicznej, gdzie dominacja dialogu nad ciszą przeszywa zakamarki relacji towarzyskiej, jak kosmita okaże się wskazówką do ochrony Ziemi.

Budowa historii wokół pozaziemskiej organizacji obcej struktury molekularnej sprawia, że ratowanie świata staje się mało znaczącym fragmentem całości, bo najlepiej sprawdza się jako kumpelska przygoda na gwiazdozbiorze - ocieplająca wizerunek przybyszy z gwiazd, jak emocjonalnie podchodzi do roztańczonej pogawędki ludzkiej stopy z kamienną powłoką, o mało zręcznych rączkach i twarzy bez ust. Grace, nie wie, dlaczego wyruszył poza nieboskłon, jaki jest cel jego wyprawy, skoro w retrospekcjach nie zamierzał podejmować ryzyka zabawy z czarną materią i nanotechnologią. Trafił w niebyt, krzątając się po pokładzie statku, a jego jedynym kumplem do rozprawy jest fikcyjna rasa pożerająca cząsteczki Słońca. Wspólnymi siłami będą pragnęli powstrzymać to szaleństwo, zanim nastąpi zaćmienie i epoka lodowcowa. Leci na pobliską gwiazdę, chcąc dociec, jak zahamować promieniowanie elektromagnetyczne. Nie zagłębiając się w techniczne szczegóły, które, skądinąd, są mało ważne - jak na dużą produkcję od sieci Amazon zaskakująco kameralnie podchodzi do całej szopki międzyplanetarnej oraz międzygatunkowej. Kiedy ,,Odyseja kosmiczna'' (1968) była zimnym testem laboratoryjnym o zbuntowanym super-komputerze, to ,,Hail Mary'' jest przystępny dla amatorów kosmonautyki. Nie interesuje go rywalizacja, lecz wspólny cel i współprzeżywanie tragedii. To prawie trzygodzinne dzieło niepotrzebnie miesza w chronologii, i robi kliniczne retrospekcje, ponieważ hamują rozwój wydarzeń. Ostatecznie wiemy, że jego siłą nie jest wyrachowana fabuła, lecz kontakt z Innym. 

Foto. Amazon MGM Studios

Kiedy mały, pięcioramienny posążek pojawia się w kadrze w drobnej kapsule, to ciepły ton nie opuszcza widza do rozpromienionego zakończenia. Grace nadaje mu ksywkę ,,Rocky'', ponieważ jest zbudowany z kamienia, a kosmita nie jest zwykłym drwalem z kosmosu, lecz utalentowanym inżynierem, gdyż próbuje uratować swój dom, podobnie jak człowiek, który szuka rozwiązania problemu na przyszły apokaliptyczny koniec ludzkości. Choć seans przebiega bez wysiłku - autorzy mogliby podkręcić atmosferę zawirowanego kosmosu, ponieważ narracja, długimi fragmentami, stoi w miejscu i psuje pożyteczną aurę. Swoją niezsynchronizowaną pamięć ukrywa za plecami czarnego humoru oraz groteski, gdyż znaleźliśmy się w wariancie bez wyjścia - obce rasy szukają wspólnego języka, oraz wspólnej odbudowy cywilizacji na skraju zapaści. Jego optymizm pokładany w ludziach, że znajdą miejsce oraz czas na budowanie trwałych relacji z pozaziemskim organizmem jest godny uszczypliwej diagnozy społecznej, ponieważ postępująca izolacja społeczeństwa wskazuje, że wycofujemy się ze zbiorowej odpowiedzialności, a ,,Hail Mary'' przypomina, że wspólnym wysiłkiem jesteśmy gotowi przekroczyć granice poznania. Stąd, być może, hurra-optymizm recenzentów, którzy spragnieni są lekkich, niespoconych baśni czy fantastyki naukowej w formie miękkiej pianki i kolorowej scenografii. Choć rozczulająco podchodzi do międzygalaktycznego kontaktu - jest nerwowo niespójny w pojedynczych fragmentach, ścierając tajemnicę przyszłości zbyt wygładzonymi rozwiązaniami technicznymi. 

Samotność w kosmosie jest równie przytłaczająca, jak Ryan Gosling uśmiechający się autoironicznie na wieść, że dyskutuje z krabem w zamkniętej puszce. Na ekranie specyficzny kujon z akademii, nieodpowiedzialny mężczyzna, zagubiony, półprzytomny, gdyż zapomniał o misji ratowniczej. Przypadkowo spotyka inżyniera z kosmosu - powodując lustrzane odbicie samotnego kraba, który tęskni za domem. Obca rasa jest nam bliska, bo mierzy się z ludzkimi odczuciami - z poczuciem straty, izolacją, jak Ryland obija się o wnętrze statku podczas rozpaczliwych spacerów po pokładzie. Bohater historii jest tak samo nieidealny, jak przyszłość stracona przez rosnącą czarną materię. ,,Rocky'' buduje sobie sześcian, który pozwala mu oddychać w czasoprzestrzeni, próbując zrozumieć ludzką mowę i ludzkie zachowania, jak Gosling stara się przytulić kulę, w której porusza się i toczy mały krab bez oczu. 

Jego niepohamowana niechęć, żeby nie stresować protagonistów programu sprawia, że widzowie przyzwyczajeni do twardej, surrealistycznej fantastyki, jak ,,Człowiek z wysokiego zamku'' (1962) nie znajdą tu niczego odświeżającego, co będzie problematyczne dla osób zakochanych w niejasnych, kofiguratywnych powieściach Sci-Fi. Jeśli szukasz czegoś, co oddycha optymizmem - nie ma lepszego tytułu w kinach, który zaoferowałby czułą przyjaźń bez interesownej, przedmiotowej aluzji. Nie pragnie widzieć zagrożenia z kosmosu, lecz trwałą relację bez uszczerbek. Jego przesłodzony urok troskliwego misia przypomina Disney'a bez ryzyka, co czasem odczuwam podczas obserwacji wydarzeń w filmie wokół gwiazdy Syriusza. Niewątpliwe jego piętą achillesową staje się taktyka, aby nigdy nie narażać widza na przesadne, skrajnie negatywne emocje wokół rozpadającego się świata. Woli utrzymać pasażera przy respiratorze z bezpieczną poduszką amortyzującą. 

Nauczyciel ze szkoły, ze zwichrowaną pamięcią trafia na pokład z grupką astronautów, przewracając się o przedmioty laboratoryjne - brzmi, jak komedia, i komedią pozostaje. Spokojnie mógłby być krótszy, bardziej spięty chronologicznie, bez irytujących retrospekcji, które psują tempo narracji - za to relatywnie sympatycznie podchodzi do ludzkiej godności i etyki współpracy chcąc odzyskać głos kosmity, aby porozumiewać się z ludzkim podmiotem bez bariery tłumaczeniowej. Tę szczerą fascynację dostrzegam w prostych gestach, jak Gosling uśmiecha się do siebie, jak szczery kosmita o wrażliwej naturze porusza szczypcami, jak dziecko gotowe złapać ojca za rękę. Aktor bawi się na scenie z chłopięcą werwą, jakby wymyślił sobie przyjaciela na niby. Razem działają i wymyślają plany, żeby uratować ludzkie i kosmiczne domy od zagłady - rozprawiając o astrofizyce oraz cząstkach elementarnych. Wymiana wiedzy między nerdem, wyizolowanym mężczyzną, a dziwną istotą o niejasnej budowie ciała i jego skorupianej tkance ,,mięśniowej'' sprawia, że to kino zadaje godne pytania - czy jesteśmy w stanie porzucić egoistyczną powłokę i współdziałać dla naszego dobra, bez napięć i wyuczonych sugestii?

USA, 2026, 156'

reż. Phil Lord, Christopher Miller, sce. Drew Goddard, zdj. Greig Fraser, muz. Daniel Pemberton, prod. Amazon MGM Studios, Lord Miller, wyst.: Ryan Gosling, James Ortiz (głos), Milana Vayntrub, Ken Leung, Mia Soteriou, Sandra Huller 




 

0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz