Ostrzeżenie! Nie jest to utwór recenzencki. Lecz spis przemyśleń na tematy około futurystyczne (i nieco growe).
Ciężko przejść do porządku dziennego po premierze ,,Cyberpunk 2077'', który komentuje świat politycznej malwersacji. Podważając racjonalność ludzkiej komórki społecznej. Oceniając teraźniejszość w mrocznych barwach, bo rocznik 2077 to niemal przykrywka zasłaniająca dzisiejszy konstrukt sceny geopolitycznej, wyważający drzwi chińskiego filozofa - Konfucjusza. Widzimy się po wojnach korporacyjnych, na mieście panuje destabilizacja społeczeństwa, ginie legenda rocka Johnny Silverhand (w tej roli równie legendarny Keanu Reeves) - uznany powszechnie za terrorystę i głoszącego nauki, że technologia pogłębiła nierówności społeczne. Gdzie neuroprzekazy zostały podkręcone, lecz bieda i korupcja poszerzyła szeregi, a wiele jurysdykcji jawnie zostaje pod kontrolą szefów z gangsterką kartoteką. Tytuł możemy rozpocząć od trzech dróg - jako nomada, samotnik w podróży, bez domu i wygnany z ziemi ojczystej. Jako punk - miejscowy ulicznik znany z poszkodowania prawa w Night City (miasto dilerów, ćpunów augmentacji, szeryfów korpo i lalek - zabawek seksualnych). Czy jako korporacyjny szczur, który działa na usługach potężnych firm, dla których nie liczy się twoja lojalność albo przywiązanie. W zależności od wybranej preferencji otrzymamy osobisty wstęp niedostępny dla reszty klas postaci. Wcielamy się w V - bezimiennego przyszłego rebelianta zmierzającego do miasta Night City. Miasta snów, które nigdy nie śpi. A w brudnych zaułkach czai się przykra niespodzianka, typy spod ciemnej gwiazdy, liberalni hipokryci czy japońska mafia. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to fakt, że rozgrywkę rozpoczynamy od spojrzenia w lustro, mimochodem przypomina to wejście do Silent Hill w części drugiej, gdzie nasz protagonista przegląda się w szklanej tafli zmierzając do obłędu miasteczka.