środa, 3 czerwca 2026

Omawiam trzy filmy #2

 

Kadr z filmu ,,Mermaid''.
Foto. Candy Pictures

Witam ponownie, lecimy z tematem, bo pali człowieka do pisania. 

Fjord

Obsypany Złotą Palmą, ale nie do końca wiem, za co. Jego protekcjonalne poglądy nie zaglądają dalej, niż dzisiejszy zachód zachłyśnięty własną boskością i sztucznym przebudzeniem ezoterycznym. Cristian Mungiu jako czołowy sceptyk ze wschodniej części Europy porusza się po śliskiej tafli tematycznej. W przeszłości dyktował kwestie fanatyzmu religijnego w wybornym ,,Za wzgórzami'' (mój ulubiony film rumuńskiego reżysera), w ,,Egzaminach'' potępiał wszechobecną korupcję, a w ,,Fjordzie'' zauważa obnażającą nietolerancję i autorytaryzm zamordystycznego zachodu, który wkrada się do Europy. Postępowe cywilizacje, które upadają, a ich upadek będzie cięższy, niż dawnego Rzymu. 

To kino rozpoczyna swoją narracyjną podróż, jak małżeństwo z pięciorgiem dzieci przybywa z Rumuni, do norweskiego miasta, z którego pochodzi żona, aby rozpocząć nowy etap w życiu (podobnie, jak zdradzony bohater ,,Brutalisty'' z 2024 r.). To rodzina pełna sprzecznych intencji. O silnych przekonaniach religijnych. Szukająca wybawienia od dawnej zaborczości. Zaledwie kilka scen później, po odkryciu śladów na ciele jednej z córek - para zostaje uznana za winną naruszenia, więc domniema przemoc wobec dziecka zostaje ścigana przez nierozsądny aparat systemu zajmujący się ochroną najmniejszych. Jak powszechnie wiadomo - Norwegia jako ustrój socjaldemokratyczny dąży do interwencjonizmu państwowego, więc państwo wciska się w obowiązki rodzinne i próbuje zawłaszczyć sobie nie swoje dzieci, jak przestępcy. Prowadzi to do nadużycia przez władzę, a system okaże się gorszy, niż ustawa przewiduje. 

Foto. Mobra Films

Mungiu przedstawia obcy kraj w negatywnej poświacie, i słusznie zauważa, że państwo jest wrogiem, a nie sprzymierzeńcem. Rodzice, jak to rodzice - bezradnie przyglądają się, jak system kara obywateli za coś, czego nie popełnili. Klasyka, jak w powieściach Kafki. Początek jeszcze nie zwiastował kryminalnej afery z nagłówków gazet, lecz Mungiu nie panuje nad materią i kalkuluje zimne dzieło o brzydocie współczesnych czasów, gdzie demokracja zamieniła się w opresję. Chrześcijańska, pobożna familia będzie świadkiem upadku dzisiejszych norm, gdzie służby w domniemanej obronie najmniejszych okazują się tyranami, ponieważ odbierają dzieci swoim opiekunom bez żadnej interwencji sądowej.

 Skandaliczne, prowokujące wejście zapowiadało coś więcej, niż sztuczną afektację i stłumione emocje w lodowatym obrazie. Jego ponurość oddaje senny krajobraz ośnieżonej góry, gdzie rodzice czytają historie biblijne, pełne samoświadomych psalmów oraz starotestamentowego Boga, który żądał posłuszeństwa. Mungiu nakłada wieczne kontrasty - rumuńska rodzina ma ateistycznych sąsiadów, co krytykują Biblię, jakby wiara była czyimś prześladowaniem. Praktykujący chrześcijanie mają problem, bo Norwegia nie przywykła do kar, a jak wiemy z księgi tysiąclecia, dzieci mają być posłuszne (List do Efezjan). Stosują drobne upomnienia, i punktacje za dobre zachowanie. Niebawem, jak sprawa trafi do prawnika - część prawicowych demonstrantów jawnie oburzy się publicznie, że niesprawiedliwie traktują tradycyjnych rodziców wychowanych w wierze katolickiej.

Na papierze brzmi klawo, ale to kontrastowe podejście obnaża jego wnikliwość. Łatwo o kłótnie, kiedy masz ateistów i ponowoczesną, świecką komórkę społeczną z przestarzałym systemem ustrojowym, który jest niesprawiedliwy i okrutny dla chrześcijańskiej religii. Wpada w niechciane zapadki, i populistyczne uprzedzenia wobec bliźnich. Nie ma żadnej wartości, jak pogodzić dawne wierzenia z nowoczesną nowomową i kulturą sekciarzy, gdzie dominuje narracja ,,postępowości'', jakby ktoś chciał zacytować Nietzschego ,,Bóg umarł''. To oburzenie społeczną dyskopatią, gdzie moralna wyższość zachodniej myśli dominuje nad chrześcijańską wiarą jest dalekie od analizy społecznej oraz choroby umysłowej, gdzie państwa przejmują opiekę nad dziećmi bez racjonalnego prawa i opatrzności. Dzisiejsza wojna kulturowa przypomina zjazd dorosłych dzieci, którzy nie potrafią ze sobą dyskutować, więc mechanicznie uzurpują sobie prawo do wyższości. Norwegia to paskudny kraj, w którym nie chcesz zamieszkać, bo Mungiu przedstawia to wydarzenie ze skrajności w skrajność. Gdzie pełna kontrola rodzicielska może doprowadzić do izolacji społecznej i niesamodzielności (a brak wyboru to także grzech - tylko szatan odbiera ludziom wybór), a liberalni głupcy, którzy uważają się za postępowych i przebudzonych, to nieświadomi szkodnicy, którzy mają o sobie zbyt duże mniemanie. Szkoda, że Mugniu nie krytykuje dzisiejszych, paskudnych czasów, bo zasłużyliśmy na samokrytykę, bez względu na to, po czyjej stronie stoisz. 

Rumunia, Francja, Norwegia, Dania, Finlandia, Szwecja, 2026, 146'

reż. Cristian Mungiu, sce. Cristian Mungiu, zdj. Tudor Vladimir Panduru, muz. Kaspar Kaae, prod. Mobra Films, Eye Eye Pictures, wyst.: Renate Reinsve, Sebastian Stan, Lisa Loven Kongsli, Giulia Nahmany



Mermaid (Syrena)

Prześmiewczy horror o mężczyźnie, który zakochał się w paskudnej syrenie. Kultura ma słabość do rybiej fauny. Duński pisarz Christian Andersen napisał kiedyś mroczną baśń o zakazanej miłości syreny do księcia, co nie skończyło się szczęśliwie (w przeciwieństwie do adaptacji Disney'a). Nawet Superman romansował z syreną w komiksach z Lori Lemaris. O czym pisałem, kiedy wybierałem ulubione pary romantyczne z DC oraz Marvela. Zapraszam pod wskazany link, gdzie wybierałem ulubione pary z komiksów. . Otrzymujemy surrealistyczną komedię o zachwianym człowieku z Florydy. Groteskowa, niezręczna wizja, nie podobna do żadnych z animacji widzianych w telewizji. Przepełniona płynem bezwstydności i histerycznego śmiechu, jak człowiek może zakochać się w bestii, tylko dlatego, że szuka potwierdzenia szczęścia na zewnątrz. Johnny Pemberton wciela się w dziwacznego, zagubionego mężczyznę po rozwodzie, który zadłużony jest po uszy w kieszeniach zorganizowanej mafii. Wiedzie beztroski żywot na ,,wakacjach'' z przymusu, gdzie popija słodkie koktajle w rytmie muzyki. Przypadkiem spotyka ranną syrenę, a że nie ma nic lepszego do roboty - zabiera ją do mieszkania i próbuje uleczyć domowymi sposobami. 

To cudaczny karnawał pełen sprzecznych intencji. Groza nigdy nie wypływa na powierzchnię (strach jest znikomy, skoro bohaterowi nie przeszkadza szpetota syreny, która w kulturze ma urodę bogini). Poniekąd, to zabawa z naszymi przyzwyczajeniami - nawet przygody Geralta z ,,Wiedźmina'' ujawniały, że syreny muszą mieć długie, olśniewające włosy, twarze nieskażone blizną, tymczasem amerykański film prezentuje to stworzenie jako dziwną hybrydę potwora z wykręconymi siekaczami, o nienaturalnych dłoniach i bez pospolitej urody z gazetek mody. Syrena wygląda, jak brzydka, oślizgła ryba, która nie przemawia ludzkim głosem i nie ma za grosz taktu do ludzkich odruchów. Aż ciężko uwierzyć, żeby jakiś mężczyzna zakochał się w tej szkaradzie bez brylantowego głosu.

 Tym bardziej, że film nie podpowiada, co kieruje naszym bohaterem. Duchowa pustka wynika z mankamentów i zgubnej przeszłości, która ma wpływ na teraźniejszość. Floryda, jako słoneczny stan Ameryki, świeci jaskrawą barwą bez oporu, więc nigdy nie popada w przygnębienie, a jego radosna kolorystyka gryzie się z powszechną grozą osamotnienia i udręki człowieka porzuconego na margines społeczny. Człowiek z Florydy opiekuje się pokraczną istotą z głębin bez odwzajemnionego wsparcia (och, gdyby to była literatura Lovecrafta, już dawno zamieniłby się w rozpaczliwy thriller, w ucieczkę od starożytnych sił, a potem walczył z potworem, jak w ,,Zew Cthulhu''!). Film nigdy nie podpowiada, jaki to gatunek filmowy. Spycha natarczywą grozę w skecz niegroźnego mężczyzny, który opiekuje się mutantem, a nie delikatną, rybią posłanniczką z mórz. 

To problematyczne dzieło, nie skażone ani wyborną komedią, ani ostrzeżeniem przed fałszywym zauroczeniem. Bohater tkwi w czarnej dziurze własnego umysłu, i nawet nie zauważa, że opiekuje się syreną, która nie przypomina stworzenia z baśni. Być może mężczyzna, świadomy swoich braków, chce odnaleźć miłość w istotach półczłowieczych, a w zasadzie - spoza bariery naszego bezpiecznego świata. Ta dziwna mieszanka ma swój urok, ale brakuje tej historii jakieś konkretnej puenty, i większego zrozumienia, dlaczego bohater odrzucił ludzki los dla potwora z głębin. Mężczyźni w Stanach muszą mieć przechlapanae, skoro bohater w pierwszych scenach pisze wiersz dla tancerki, a później zostaje za to ukarany (czytaj; wyrzucony z pracy), bo ośmielił się wyznać uczucia. Ludzie bywają podli, niestety. 

USA, 2025, 105'

reż. Tyler Cornack, sce. Tyler Cornack, zdj. Joel Lavold, muz. Tyler Cornack, prod. Bad Grey, Candy Pictures, Pilot Moon Films, wyst.: Johnny Pemberton, Avery Potemri, David Siracusa, Joop Katana



El deshielo (Odwilż)

Szokujący thriller policyjny, raczej dla wąskiej grupy odbiorczej, niż dla stada kinomanów z chrupkami na sali. Chłodny, stalowy przebieg wydarzeń, co nie wyjaśnia tajemnicy po napisach końcowych, wręcz każe odbiorców za brak znajomości historii Chile z lat 90. W tej kryminalnej aferze mamy historię o zaginięciu Hanny, niemieckiej nastolatki o narciarskich sukcesach (Maia Domagala), która znika z ekranu w pobliżu zasypanego śniegiem hotelu. Jedyna osoba, która widziała ją żywą z chłopakiem przy boku - pozostaje drobniutka Ines (Maya O'Rourke), gdyż jest narratorem i kierunkowskazem, jak dzieci postrzegają zniekształconą rzeczywistość przez paraliżujący reżim Pinocheta, który walczył z marksizmem oraz prowadził sabotaż wewnętrzny państwa chilijskiego. Jest duże prawdopodobieństwo, że dziewczynka została uprowadzona, chociaż scenariusz nie mówi tego na głos. 

Foto. Ronda Cine

Trzyma w nieustannym napięciu i mistycznej inklinacji, jakby dziecko zniknęło przez pryzmat despotycznych czasów. Gdzie niewinność umiera w obliczu dyktatury. Charakterystyczne Andy oddają nastrój opowieści - pogrążone w ciszy i histerii matki, która żyje perspektywą małej Ines, która oddaje przygnębiającą relację z ponurą naturą, która zabiera bliskich. Skrywany sekret zniknięcia dziecka wydaje się nieprzypadkowy - każdy próbuje przepracować własną niemoc, ucieczkę od wstydu i brak buntu wobec druzgoczącej, nieudanej rewolucji Pinocheta. Neoliberalna zaćma, która oślepia i zaciera ślady zagubionej, gdzie zaniedbane społeczeństwo gubi bezpowrotnie niewinność dzieci.

Oprócz jawnej afery, która przybiera kształt nierozwiązanej zagadki sublimatycznej - kino przeciera niewygodny temat milczenia chilijskiego społeczeństwa, co nie potrafi rozliczyć się z przeszłością naznaczoną wojskowym kieratem. Bohaterowie na ekranie nie potrafią udźwignąć zbiorową ranę narodową, mała Ines przemierza nieznane pomieszczenia, uważnie słucha dorosłych pogrążonych w zadumie, w rozczarowującej rzeczywistości, gdzie społeczeństwo ukrywa przed samym sobą zniekształcone czasy zgubnej transformacji ustrojowej, w której nadal odbijają się echa ucisku, splamionej, straconej dekady w Ameryce Łacińskiej. Zniknięcie Hanny, to haczyk, bo wyjaśnienie nie istnieje w uzasadnionej logice.

 Przybycie Liny, czyli matki zagubionej dziewczynki, prowadzi w krąg fizycznego i emocjonalnego wyczerpania. Tajemnica jest gęsta, jak w filmie Finchera ,,Zaginiona dziewczyna'' (2014), ale bez jego medialnej rozgłośni. Lina dopatruje się w Ines ,,odłączonej'' nadziei, ponieważ jako jedyna, stanowi emocjonalny balans, niczego nie ukrywa, nie ma bagażu doświadczeń, gdy reszta społeczeństwa stoi w odrętwieniu, jak babcia zarządzająca hotelem. Pozostali uczestnicy dramatu są zdystansowani i podejrzliwi. Ines jest jedynym świadkiem zaginięcia, i chyba też nie bez powodu, bo jest tak samo niewinna, jak narciarka zagubiona w czasach zagubionego Chile. 

Niektóre symbole wydają się zbędne, jak ta, że pojawia się krew w zlewie związana z mlecznym zębem, co skutecznie psuje atmosferę zadumy i mglistej tajemnicy, bo postfaszystowskie Chile próbują uciec od zrozumienia własnej klęski, gdzie tajemnica jest tajemnicą, bo nikt nie chce zainterweniować. Zbiorowa trauma, zniknięcie dziewczynki, czy to nie znak, że powróciły demony przeszłości? Niewinność umiera wraz z Hanną, która znika z przestrzeni. Ludzie tajemniczo milkną na temat zniknięcia, jak barman milknie zaraz po tym, jak ktoś wspomina o zaginionym bracie. Ta wszechobecna paranoja wzmaga napięcie, ponieważ inni wolą, żeby tajemnica została tajemnicą, a zagadka nierozwiązana. Śnieżna biel zlewa się czernią ludzkich serc, które uciekają od odpowiedzialności, gdzie niewinne dziecko szuka drogi do odnalezienia klucza w tej podłej strukturze społecznej. 

Chile, Hiszpania, Meksyk, 2026, 108'

reż. Manuela Martelli, sce. Manuela Martelli, zdj. Benjamin Echazarreta, muz. Maria Portugal, prod. Ronda Cine, Wood Producciones, Cinema Inutile, wyst.: Maya O'Rourke, Saskia Rosendahl, Maia Domagala, Jakub Gierszał, Luis Uribe



0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz