sobota, 21 lutego 2026

Pakiet filmowy - Omówienie

 

Kadr z filmu ,,River Returns''.
Foto. EST Studios

Witam, wracam po krótkiej przerwie, zasypując Was drobnym pakietem filmowym. Pierwotnie miałem opisać pięć filmów, ale stwierdziłem, że cztery wystarczą. Co ciekawe - tylko jeden z nich nie był godny mojego czasu. Zacznę nietypowo, bo od wyjątkowej ramy narracyjnej, który zrywa z łatką ,,przeciętnego'' dokumentu. Przechodząc do bardziej fabularnych historii zanurzonych w kulturze japońskiej oraz amerykańskiej. Jeśli starczy mi sił oraz chęci - niebawem pojawi się kolejny pakiet, bo widziałem wystarczająco dużo, żeby mieć co opisywać. Tymczasem nie przedłużam i zapraszam do względnie krótkiego, szybkiego omówienia. 

Bez końca

Dokument wyróżniający się z tłumu. Pozbawiony drobiazgowych wywiadów, gadających, sztucznych głów i płaskiej tektury filmowej. Zaczyna się równie spektakularnie, jak podejście do zagubionego syna. Reżyser odtwarza domniemany scenariusz przebiegu wydarzeń - Daniel Dymiński przeszukuje Wisłę w poszukiwaniu utraconego potomka zakładając, że syn o imieniu Krzysztof popełnił efektowny skok do wody. Ojciec spędza dni na przeczesywaniu rzeki - taplając się w błotnistych brzegach w poszukiwaniu wyblakłego cienia czy osobistych rzeczy syna, aby potwierdzić jego utonięcie. Szybujące drony regularnie przelatują nad oraz pod wodą, jakby stały się obserwatorem ludzkiej tragedii czy podwodną legendą, gdzie kości zanurzonych spoczywają w Wiśle. Zaskakujące, jak autor podchodzi do osobistego dramatu czterdziestoletniego mężczyzny, który zanurza się w wodzie, żeby odzyskać resztki wspomnień z feralnego dnia, gdy nagrania z monitoringu uchwyciły ruchy syna, a jak kamera zrobiła obrót - zniknął. Jest w tym coś ulotnie poetyckiego. Człowiek pojawia się i znika, jakby iluzjonista czarował publiczność, a my nie wiemy, wraz z bohaterami - czy utopił się w Wiśle, czy po prostu odszedł bez ostrzeżenia. 

Ojciec zostaje sportretowany jako niezłomny poszukiwacz. Szuka w wodzie potwierdzenia, że skoczył, a jednocześnie skrycie pragnie, aby żył. To kontrastowe podejście sprawia, iż nie jest to zwykły, obcesowy dokument na faktach, lecz wrażliwy portret zdesperowanego ojca, który nie cofnie się przed niczym, by uzyskać odpowiedź na nurtujące pytania. Unika jawnego fałszu narracyjnego przybierając maskę bezkompromisowego thrillera, gdzie zagadka pozostaje niewyjaśniona, a na napisach końcowych wciąż szukasz klucza do rozwiązania tajemnicy. 

Foto. Braidmade Films

Daniel pływa łodzią wraz z innymi uczestnikami programu zagłębiając się w mroczną przeszłość Wisły, gdzie ciała regularnie wypływają na powierzchnię. Policja nie potrafi znaleźć punktu zaczepienia, żona chodzi niespokojna po domu przeżywając mękę, ponieważ życie w nieświadomości wyczerpuje. Czy syn popełnił samobójstwo, czy zniknął bez śladu? Dokument sprawnie oraz sprytnie lawiruje między tą gorzką tajemnicą, skrywanym sekretem, dlaczego Krzysztof nie został odnaleziony. Jako nastolatek nie zostaje przedstawiony w pozytywnym świetle - prawdopodobnie miał problemy z rówieśnikami, a jego wyobcowanie jest potęgowane przez programy komputerowe w Internecie. To niecodzienne podejście do śledztwa sprawia, że nie jesteś w stanie odejść od ekranu, ponieważ w akcji biorą udział podobne rodziny, a Daniel udziela pomocy innym potrzebującym. Kamera blisko bohaterów przybliża ich zdeterminowaną sylwetkę, jak krzątają się po krzakach, chłonąc muliste dno rzeki, wybierając z rzeki kolejne trupy, jak w jakimś mrocznym horrorze, gdzie prześladowca oraz morderca jest poza widzeniem. Rzecz jasna - nie mamy do czynienia z masowymi zabójstwami, lecz ze zbiorową mogiłą, gdzie Wisła odsłania drugie dno wypełniając wodę martwymi ludźmi. Żałobny nastrój jest niemalże celebrowany, gdyż to sytuacja bez wyjścia i bez wyjaśnienia, ponieważ Daniel Dymiński do dzisiaj szuka syna, a jak podaje Wprost odnalazł łódź z ubiegłych stuleci pamiętającą czasy potopu szwedzkiego. 

Od pierwszego ujęcia zachwyca dbałością o to, aby przedstawić obsesyjną pogoń za stratą. Daniel wrzuca kukłę do Wisły, jakby odwzorowała postać ludzką, która tonie w odmętach toni. Potem unika zdjęć pamiątkowych oraz sentymentalnych bajań. Woli skrupulatnie obserwować ojca w jego cichej rozpaczy - deptając po lasach i prezentując ujęcia z lotu ptaka, jak rzeka przybiera kilogramy obcych ciał. Jak tli się nadzieja, kiedy coś znajduje, a to tylko kawałek blaszanej puszki. To droga bez powrotu, gdzie poszukiwanie ciała syna staje się pochłaniające czy dewastujące rodzinny porządek. Daniel ma chłodną głowę, oraz upór, który sprawia, że śledzi się tę ludzką tragedię jako namolny thriller na zbliżeniach, bez względu na to, jaki będzie finał historii.  

Polska, 2026, 108'

reż. Michał Marczak, sce. Michał Marczak, zdj. Michał Marczak, muz. Paweł Mykietyn, William Basinski, Dirk Dresselhaus, prod. Subtext Studios, Bird Street Productions, Braidmade Films


Baw się dobrze i przeżyj

Gore Verbinski wraca po latach do kina, żeby zasugerować, iż grozi nam sztuczna inteligencja? Czy twórcy ostatnią dekadę przespali w lodówce? Odkąd A.I. zaczęło dominować w sferze wirtualnej jakoś ciężko uwierzyć, jakoby przewidywał przyszłość w ciemnej powłoce. Twórca ,,Piratów z Karaibów'' chroni się za ciętym sarkazmem, i głupkowatą akcją rodem z lat 80. Podrabiając atmosferę ,,Brazil'' - brytyjskiej tragikomedii o czarnym humorze od Terry'ego Gilliama. Najzabawniej wypada wstęp, jak dowiadujemy się, że człowiek z przyszłości szuka ochotników do obrony przed zwariowaną technologią. Wpada do restauracji w Los Angeles w komicznym przebraniu ubranym w workach na śmieci, z krzaczastą brodą i z ładunkami wybuchowymi wokół pasa. 

Kto by uwierzył szaleńcowi, i myślał, że to dobry pomysł na zebranie ekipy, aby uratować świat? Z pewnością, produkcję od rutyny ratuje zdolny Sam Rockwell (nie do poznania w przebraniu!), który robi za pokracznego zbawiciela ludzkości, jak wyzywa, a także krzyczy na gości przy stoliku oraz kucharza wyłaniającego się zza drzwi do kuchni. Montuje komiczną szajkę - między innymi depresyjną księżniczkę w podartej sukni, która zgłasza się bez bicia. Pomimo że ma swój urok niegroźnego kiczu, to jego dziecinność oraz sterylność powoduje, że nie angażuje odbiorcy, a liczne retrospekcje nie pomagają w narracji, raczej hamują jego zapędy. Jest taka scena, która dzisiaj trąci populistyczną tezą, jak armia nastolatków trzyma w rękach telefon przeglądając szybko przypływające informacje w dynamicznie zmontowanych scenach, obserwując odmóżdżające filmy w Internecie. To przebrzmiałe podejście do otaczającego świata i mało wnikliwe spojrzenie od uzależniającej rozrywki. Cyfrowy bóg jest przedstawiony jako szalony ,,klawiaturnik'', który kontroluje ludzkie umysły, sprawiając że jest cienkim antagonistą, jak Akira z japońskiej mangi.  

Foto. Constantin Film

Humor szybko się wyczerpuje - jeśli chcesz powstrzymać technologiczną burzę, to nie wystarczy, że podeptasz telefony komórkowe i ostrzeżesz przed zagrożeniami sztucznej inteligencji. Cyfrowe społeczeństwo przywykło do nowych zabawek, do nielotnych Smartfonów z udawanym kluczem do tajemnic wszechświata. Zamiast pójść w groteskę na pełnym gazie, to poucza w daremny sposób. Nie krzepi siłę wyobraźni oraz nie narzuca błyskotliwego scenariusza na dopalaczach. Śledzę tę opowieść bez wzruszenia, bez żadnego dialogu wartego zapamiętania. Nie snuje gorączkowych fantasmagorii, jak czynili to Alain Resnais, Jan Svankmajer lub Hiroshi Teshigahara (sprawdź ,,Twarz innego'' z 1966 r., i porównaj go z tym dziełem, na jego niekorzyść). Cały ten strach przed sztucznym bogiem, i sztuczną technologią jest błahe i pozbawione głębszej analizy. Nie ma żadnej wskazówki, dlaczego przemierzamy miasta z dzikusami przypiętymi do telefonu z ogłupiającymi treściami - snując się, jak stado żywych trupów z kina George'a Romero (ponownie, lepiej obejrzeć ,,Świt żywych trupów'' z 1978 r.). 

Nic w tym filmie nie trzyma przy ekranie, jego zaśniedzona optyka sprawia wrażenie przestarzałego buntu przed zbiorową histerią. Kreśląc serię luźnych epizodów, gdzie człowiek z przyszłości przemierza salon wymyślonych halucynacji z gier wideo, jak dziesięciopiętrowy cyfrowy kot (zakładam, że to nawiązanie do Gilliama oraz zagranicznych komiksów, jak ,,Cages'' z 1991 r. od Dave McKean). Stawia na niezobowiązującą zabawę, która nie ma pomysłu na rozwinięcie tematu, dlatego biega po urywkach z pamięci, jak jeden mężczyzna woli gry wideo od dziewczyny. 

Niemcy, USA, 2025, 134'

reż. Gore Verbinski, sce. Matthew Robinson, zdj. James Whitaker, muz. Geoff Zanelli, prod. 3 Arts Entertainment, Constantin Film, Blind Wink Productions, wyst.: Sam Rockwell, Juno Temple, Michael Pena, Zazie Beetz, Tom Taylor



River Returns

Kontemplacyjna, surowo niedostępna historia o dziewczynie, co utonęła w rzece, a jej smutek zostaje wyrażony powodzią w okolicy. Japonia, koniec lat 50., wioskę nawiedzają tajfuny, matka choruje, więc więcej czasu spędza w łóżku niż na zewnątrz. Syn biega po dziewiczym terenie - nie wiedząc, dlaczego drzewa są ścinane, a legenda o utopionej kobiecie przypomina o dawnych wierzeniach mieszkańców. Niebawem zjawi się jakiś wędrowny gawędziarz (Keisuke Horibe) - włóczykij, który wystawia papierowy teatrzyk, gdzie widownią są dzieci, które obserwują fikcyjny scenariusz starszego pana. Jego pogodny nastrój, wszechobecna zieleń, kojąca atmosfera skrywa drugie dno opowieści, gdzie powojenna Japonia nadrabia postępem technologicznym kosztem zanikających tradycji, gdzie ludzkie przypowieści lądują do kąta. Wyparte legendy i mity związane z historycznymi koneksjami Japonii odchodzą do lamusa. 

Foto. EST Studios

Przecina dwie narracje: pierwsza skupia się na dziewczynie, która zostanie zalana łzami oraz falą napływającej wody. Druga skupia się na teraźniejszości, na bieżących wydarzeniach, gdzie budowa tamy, wycinka drzew ma symbolicznie oddalać od boskiej natury, gdzie człowiek izoluje się od pierwotnych żywiołów. Mamy skrajnie nierówne perspektywy. Ojca błąkającego się za pieniędzmi, syna cieszącego się z pogodnej aury i anonimowych teatrów obrazkowych, starej babki, która żąda, aby pielęgnować legendy, gdzie w górach narodziła się historia o smutnej dziewczynie, jak popełniła samobójstwo w rzece (czy to nawiązanie do finału ,,Zarządcy Sansho'' z 1954 r.?). 

Dzieje się nie wiele, bo to spokojne, medytacyjne monogatari - lekkie w przełykaniu kolejnych obrazów. Jego ton oddaje wszechobecna cisza zielonych połaci terenu, ciche kadry zastygające w czasie i przestrzeni. Modlitewnie podchodzi do odchodzącej epoki - mycie misek z pochyloną sylwetką nad rzeką, dawne wierzenia związane z górą, gdzie starsi ludzie odchodzili na zawsze, aby nikt nie oglądał twojej śmierci. Przeplata delikatną wrażliwość autora z niepokojem społecznym, gdzie świat się zmienia, technika idzie do przodu, lecz są tacy, co pamiętają zamierzchłe czasy, i nacjonalistyczny folklor. Nie ma w tym nic dramatycznego, jak sugeruje opis. Robi to bez sztucznej afektacji, bez koloryzowania i ociężałej ścieżki muzycznej. Raczej kino dla koneserów, którzy delektują się wysmakowanym, wyrzeźbionym kadrem, niż czekają na konkretne zwroty akcji. Wszystkich nie zachwyci, ale jeśli macie ochotę na coś mniej sensacyjnego - trudniej o lepszy wybór. 

Japonia, 2024, 109'

reż. Masakazu Kaneko, sce. Masakazu Kaneko, Genki Yoshimura, zdj. Tatsuya Yamada, muz. Takagi Masakatsu, prod. EST Studios, N8 Studios, wyst.: Yo Aoi, Asuka Hanamura, Tomomitsu Adachi, Toshie Negishi



A Little Prayer

Blisko telenoweli, za to z elegancją przedstawia trudne tematy społeczne w relacjach rodzinnych. Gdybym był cyniczny - uznałbym, że to lepsza wersja produkcji telewizyjnej z TVN. Jednak od prymitywnych atrakcji odróżnia go jedna rzecz - pozwala swoim bohaterom na płacz w wyciszonych ujęciach bez dźwięku, pozwala sobie na wesołą, skoczną zabawę, gdy muzyka country rozbrzmiewa w lokalu. Idealny przykład niezależnego kina amerykańskiego, wraz z dobrodziejstwem kulturowym, gdzie starszyzna nie potrafi zrozumieć, dlaczego matka miałaby podjąć się kontrowersyjnej aborcji, albo dlaczego syn ma przelotny romans pozamałżeński. Odwieczny konflikt pokoleń - stare kontra nowe, gdzie młodzi ludzie popełniają błędy, bo kierują nimi popędy. 

Bliski życia na przedmieściach, obserwujący rodzinne tajemnice skryte za drzwiami. Nie gloryfikujący, ani nie potępiający tego środowiska, gdzie występują wszelkie zaburzenia nowoczesności. Wchodzi z butami do wnętrza mieszkania, podążając śladami Billy'ego (David Strathairn) - pewnego siebie właściciela firmy produkcyjnej, gdzie jego syn okazuje się alkoholikiem, który ułożył sobie relacje intymne z pewną blondynką o imieniu Tammy, a w międzyczasie ma romans z pracownicą, z którą kręci bezwstydnie ku uciesze publiczności. W mieszkaniu starszego małżeństwa zjawi się również Patti (Anna Camp), co uciekła z domu od męża handlującego narkotykami.

Foto. Gladness Partners

Zagląda do małej, kameralnej mieściny w Karolinie Północnej. Gdzie wspomina się wojnę w Wietnamie bez żadnego uderzenia w emocje widzów. Gdzie Bill za często przebywa na pogrzebach, co staje się udręką, bo krewni odchodzą, a młodzi nie pomagają wieść spokojny żywot w Winston-Salem. Ojciec chce uchronić synową przed poważną zdradą, dlatego zamierza porozmawiać z synem nie informując nikogo, że wie o jego wybrykach. Pomyślmy, czy nie za dużo, jak na jeden film? Zdrady, alkohol, konflikty generacyjne, przejmująca ciąża, i hałaśliwe, rozbrykane dziecko, które stoi na rowerku, a wszyscy wokoło obawiają się, że zrobi sobie krzywdę. Niekiedy przesadnie dodaje dramat do dramatu, co sprawia, że żaden z wątków nie został wyjątkowo rozpisany. Głównie skupia się na wewnętrznych dylematach rodzinnych - czy przyznać się do problemów moralnych, jak złagodzić konsekwencje zdrady, jak podejść do niechcianego dziecka w brzuchu, jak pogodzić starsze pokolenie z ,,młodzieżą'', gdyż kierują się odmiennymi ,,wartościami'' czy ,,ideałami''. Bezradny Bill staje się cichym kierunkowskazem, nie chce nikogo karać, ani pouczać - jest wystarczająco dojrzałym człowiekiem, żeby do niczego nie przymuszać. Dlatego dziwi się, jak małżonka wspomina, że synowa chce dokonać aborcji, dlatego nic nie mówi synowej, że jej mąż ma zakazany romans. 

Bill, to niewątpliwie skryty bohater codzienności, znakomicie zniuansowana, wykreowana postać na dużym ekranie, to on, w dużej mierze, ciągnie wózek i sprawia, że film nabiera odpowiedniej temperatury wizualnej. O stoickiej postawie, prowadząc dialog z zagubionymi dziećmi. Prawdę mówiąc, gdyby nie wiarygodne portrety psychologiczne - cały film utonąłby w banale i domyślności. To nie jest przełomowe dokonanie, ani szczyt niezależnego kina amerykańskiego, za to ma w sobie promyk nadziei, który rozjaśnia stracone serca pogrążone w wątpliwościach. 

USA, 2023, 91'

reż. Angus MacLachlan, sce. Angus MacLachlan, zdj. Scott Miller, muz. Greg Danner, prod. Gladness Partners, Remain Calm Pictures, wyst.: Jane Levy, Will Pullen, David Strathairn, Anna Camp, Billie Roy



0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz