Czy jest bardziej amerykański sport, niż baseball? Nie sądzę, poza NBA czy FNL (futbol w kaskach na twarzy) nie widzę innej możliwości. Mała ciekawostka, w Japonii także cieszy się dużym zainteresowaniem. W Polsce jest to sport, nie tyle niszowy, co niepraktyczny. Widzę to po orlikach, gdzie dominuje tenis ziemny, piłka nożna czy siatkówka. I nie ma w tym nic złego. Sport od zawsze był częścią naszej kultury, solidarną, czystą przyjemnością, formą rekreacji, która zmusza mięsnie do wysiłku. Wydaje się prostą grą, bez żadnych komplikacji, łapiesz piłkę w rękawicę wyrzuconą przez miotacza, żeby zdobywać punkty, ma jednak kilka zasad, w których można się pogubić, jeśli nie miałeś przyjemności biegać po boisku, żeby zdobyć bazę.
Sam miałem problemy z rozpoznaniem regulaminu, jak to działa, bo w baseball nie grałem od dwudziestu lat! Za dzieciaka wolałem brać udział w lekkoatletyce na 500 m (w tej dziedzinie najważniejszy jest oddech, jak mawiał trener) czy biegać po parkietach za piłką, niż śledzić wydarzenia, kogo napędzał baseball, którego nikogo nie interesował w naszej szkole. Nie wiem, czy pamiętacie, ale sam Michael Jordan brał udział w tych widowiskach, kiedy odpoczywał od koszykówki. Z miernym skutkiem, bo Michael nie kojarzy się z małą piłką na stadionie, tylko na salach gimnastycznych z obręczą, gdzie robił widowiskowe wrzuty do kosza.,,Eephus'' jest o tyle fascynujący, że dzieje się na przestrzeni jednego popołudnia i krótkiego wieczoru, zanim boisko zostanie przeznaczone do rozbiórki. To ostatni, ,,wielki'' mecz weteranów, dwie drużyny umawiają się na sportową rywalizację, żeby pożegnać się ze stadionem, który powodował wiwat wśród tłumu. Na to symboliczne spotkanie przychodzą drobni kibice, nastoletnie dzieciaki, starszy pan z daszkiem na głowie, jak poczciwy fan amerykańskiego sportu podziwia ostatnie piękno podkręcanej piłki, dramatycznej bieganiny, żeby zdążyć do bazy, zanim piłka zostanie przechwycona przez przeciwników. To majestatyczne, przepełnione nostalgią spojrzenie na przemijający epizod, gdzie sport był częścią pojednania, braterskiego pojedynku między grupą starzejących się mężczyzn, którzy nie zrezygnowali z marzeń, choć rzucają kaskami o podłogę i podkręcają atmosferę docinkami w stronę oponenta - pokazuje szlachetny gest czystej frajdy ze spotkania. Kameralna publiczność, torby sportowe rozrzucone w kącie, sędziowie odliczający czas do zakończenia - czuć, że to koniec pewnej epoki.
![]() |
| Foto. A Major Production |
Twórcy nie ukrywają, że to kino skierowane do konkretnego odbiorcy. Postacie posługują się technicznym żargonem, nie tłumaczy zasad, jak działa ,,strike'' czy punktacja w zespole, to problematyczne dla osób, które nie uprawiają sportów, nie mają pojęcia o tej dyscyplinie, ale możesz to zignorować, i dalej napawać się letnią pogodą, towarzyskim żartem wśród rozbrykanej brygady, która toczy mecz w sennym aromacie. Liczne przerwy pozwalają odetchnąć od wymagającego wysiłku fizycznego, ktoś z boku podrzuca piłkę, dzieciaki dyskutują bez emocji przy bramce, a to zawodnik skupia się na zadaniu, aby łapacz zdobywał punkty. Kij lśni w powietrzu, drobne ubrania ulegają przetłuszczeniu oraz zabrudzeniu, kiedy zawodnik obala się na nogach. Zrozumiem, jeśli kogoś podrażni powolny ton spotkania, aczkolwiek mecz jest dodatkiem do wspólnej zabawy, gdzie brzuchaci mężczyźni nie mają wydolności, żeby latać za kawałkiem gumy. Motywacyjny ,,speech'' (czyli przemowa) nie ma żadnego udziału, jak w pompatycznych filmach sportowych, gdzie zwycięska drużyna wygrywa w ostatnich sekundach. Na pewno kojarzycie historie, gdzie walka zostaje ustawiona przez scenariusze, a nie przez wydarzenia na boisku. Tutaj jest odwrotnie. Mecz ma różne fazy, dziwne przestoje przez osoby trzecie, jakieś drobne kłótnie i nieporozumienia.
Zawodnicy przychodzą, i odchodzą, jak w jakimś sitcomie. Przyjaźń ponad podziałami, a w tle ostatni mecz baseballu, mało żywiołowej gry ze starzejącymi się panami, którzy wiedzą, że trzeba odejść na emeryturę. Łatwo jest prowadzić dynamiczne zawody, kiedy jesteś młody, sprawny i uprawiasz sport od dekady, ale bierz pod uwagę, że otaczasz się starszymi kolegami z drużyny - oldboyami, którzy nie mają piętnastu lat, żeby kręcić żywioł na trybunach. Drużyny z New Hampshire (północno-wschodnia część Stanów Zjednoczonych) przychodzą na to kluczowe wydarzenie, bo nie będzie drugiej okazji do pożegnania. To tak, jakbyś miał się spóźnić na własny pogrzeb. Poniekąd, jest to metafora gasnącego życia - obolałe ciało nie sprosta nowym wyzwaniom, nie jest gotowe na intensywny wysiłek od brzasku do nocy. To jesień życia - panowie chodzą markotni, z brodami, pogodzeni, że robią interwały w spotkaniu, żeby odetchnąć, albo coś powiedzieć. Humor jest skromny, niemal niewidoczny. Docinki są krótkie, i często z dodatkiem wulgaryzmu. Nie ma znaczenia, kto wygra, a kto wyjdzie z niczym - honorują ostatni bastion koleżeńskiej zabawy, wśród piłek, poprzewracanych kijów, drobnych wyrzutów, że ktoś czegoś nie potrafi. Jest to szczery portret sportowców, którzy się nie napinają, i nie robią z tego bratobójczej wojny, jak czasem ma to miejsce w meczach piłkarskich, gdzie czerwone kartki sypią się od sędziego.
Agresja jest aktem krótkiej złości, by potem przejść do działania. Koleżeńska wymiana zdań, a potem rzut, i od nowa, jak w zaczarowanym zegarku, gdzie czas przestał mieć znaczenie. Jeszcze trudniej określić, czy to na pewno film sportowy. Nie ma błyskawicznego, nerwowego montażu, koledzy z drużyny odchodzą bez większych dramatów, boisko jest niemalże nieruchome, zastygłe w decyzjach, to zaprzeczenie ostatnich filmów sportowych, jak ,,Queen of the Ring'' czy ,,Christy'', gdzie starcia na ringu były dynamizowane. Unika otwartej pogoni za sensacyjnymi doniesieniami. Kiedy widz przywyknął, że rywalizacja musi być twarda od bez oddechu - robi wszystko na odwrót. Odpoczywasz wraz z zawodnikami, którzy piją drinki, biegasz, kiedy kurz unosi się nad stadionem, a kameralne otoczenie wzmaga intymny nastrój opowieści bez niepotrzebnych klisz wielkiego widowiska. Kiedy ,,Wielki Marty'' próbował być głośny, zagłuszając sportową zadumę - to ,,Eephus'' odmierza rywalizację w relacjach. Kiedy zbliża się noc - samochody odpalają światła, żeby zachować ostatnią chwilę na uderzenie pałką w wycelowany przedmiot, na wspólny taniec wokół stadionu, żeby godnie odejść, bez żalu i goryczy w głosie. Choć nie zadowoli fanów szybkiej rozrywki - to przedstawia sport w czystej, nieskażonej formie, jako hołd dla zawodników, którzy motywują się do działania, wspólnie spędzając czas na świeżym powietrzu.
USA, Francja, 2024, 99'
reż. Carson Lund, sce. Michael Basta, Carson Lund, Nate Fisher, zdj. Greg Tango, kos. Erik Lund, prod. A Major Production, ColdFeet Films, wyst.: Bill Lee, Cliff Blake, Keith Poulson, David Pridemore, Ray Hryb, Chris Goodwin




0 Komentarz(e):
Prześlij komentarz