![]() |
| Kadr z filmu ,,Hopnięci''. Foto. Pixar Animation Studios |
Obok dobrych filmów, które lecą w kinach, jak ,,Dobry chłopiec'' (w reżyserii Jana Komasy) czy ,,Bez wyjścia'' (opisywany na blogu) trafiły się dwa ,,zepsute'', choć nie jest to dobre słowo czy określenie. Raczej spodziewałem się czegoś więcej, a otrzymałem rozdarte produkcje między dawnym sentymentem do Pixara, a uwielbieniem dla francuskiej szkoły filmowej. Francuzi, mimo wszystko, nie upadli jak Hollywood, jak studio z Kalifornii, które zapomniało, jak tworzyć pamiętne animacje dla młodszych i starszych odbiorców.
Hopnięci
Kiedyś Pixar budził podziw i entuzjazm - od premiery ,,Soul'' z 2020 r. jest coraz gorzej. Marka straciła blask, a uwielbiane serie otrzymują niechciane sequele (przyznaję, nie chcę oglądać ,,Toy Story 5'', bo zapowiada się koszmarnie). Dawno temu tworzyli przebój za przebojem, tłumy waliły do kin, a teraz to, nawet mi się tego nie chce opisywać, bo stracili respekt. Poważnie - Pixar stał się symbolem mentalnej biedy. Byle zarabiać na znanych markach, i jakoś to będzie. ,,Hopnięci'' kontynuują przykrą tradycję upadającego studia bez pomysłów. To niewiarygodnie krzykliwy, jazgoczący tytuł dla generacji, która niczego nie oczekuje od kina, i ma problem ze skupieniem uwagi na ekranie, jeśli nic się nie dzieje. W dodatku ma burzliwą, antypatyczną bohaterkę na pierwszym planie, która zamienia się w bobra, aby poznać środowisko zwierząt, a potem wywołuje rebelię przeciwko własnemu człowieczeństwu. Późny Pixar, to nie kwintesencja stylu oraz trwałej kompozycji, lecz brutalny, makabryczny humor, moralizatorstwo i sztuka New Age. Pozbawiony wyobraźni pamflet na personifikację ludzkich cech w skórze leśnych zwierząt.
Akcja rozgrywa się w miasteczku Beaverton, gdzie Mabel (głosu użyczyła Lila Liu w roli dziecka) uwalnia zwierzęta trzymane w klatce - prezentując ludzi jako karykatury własnego pożądania, którzy chcą mieć władzę nad mniejszymi braćmi (w przeciwieństwie do ,,Mój brat niedźwiedź'' z 2003 r. nie ma mowy o subtelności czy uwagi na temat kolosalnego wpływu natury na ludzkie spojrzenie). To bezduszne ćwiczenie z ekologii, gdzie bohaterka jest modna, bo jest aktywistką społeczną i ma spaczone podejście do dzikiej przyrody. Trudno mi znaleźć atuty, które uratowałyby tę produkcję od zdrady dziecięcej ciekawości. Mabel przemienia się w bobra, zaś zwierzęta zachowują się tak samo karykaturalnie, jak ludzkie kukiełki. Odhacza największe klisze animacji: tańczące zwierzęta do skocznej muzyki (zaliczone), kierowca, który nie wierzy, że zwierzęta mówią ludzkim głosem (zaliczone), traktowanie zwierząt, jak ludzi (zaliczone). Możesz mnożyć przykłady, i gwarantuję, że ,,Hopnięci'' niczym cię nie zaskoczą. To historia bez planu, ogłuszająca i pozbawiona taktu (przypomnij sobie pierwsze ,,Toy Story'', jak często wracałeś do niego w myślach?). Dawny Pixar miał ikoniczne momenty, nie opowiadał bzdur, przecierał szlaki dla trójwymiarowej animacji, nie grał na emocjach. Tymczasem ,,Hopnięci'' próbują być nowocześni - zagłuszając widowisko stadem ogłupionych zwierząt, które, z jakiegoś powodu, chcą napaść na miejskiego burmistrza, bo buduje autostradę nad polaną.
Wciągając do animacji bezduszną technologię, która pozwala zamieniać się w latające ptaki czy robotyczne bobry, jak krzykliwa nastolatka o imieniu Mabel (aż trudno uwierzyć, że przemądrzałe zwierzęta nie przewidziały takiego cyrku). Żarty są na niskim pułapie kreatywności, w królestwie zwierząt dominuje ustrój monarchiczny, gdzie na czele armii powstańców króluje bóbr o wdzięcznym imieniu George. Historia nawet nie potrafi powiedzieć, dlaczego jesteśmy ofiarami władzy dziedziczonej i absolutnej.
Historia rozpływa się w banalnych intrygach, mnożąc groteskową operę z rykiem wściekłej rady, która próbuje powstrzymać miasteczko przed dalszą budową swojej okazałej autostrady. Jestem tak głęboko rozczarowany eskalacją absurdów, jak latający rekin w drugiej fazie seansu, że nie potrafię patrzeć na to studio inaczej jak na akt bezmyślności. Nie rozwija żadnych relacji, a przecież to była siła napędowa studia! Próbuje przekonać widzów, że trzeba dbać o środowisko, tonąc w ciszy polany, kiedy sami kręcą hałaśliwy pokaz przeładowanego spektaklu. Zwierzęta nie mówią normalnie - tylko krzyczą na ekranie i zachowują się tak, jakby mieli spięcie w kręgosłupie. Co za bolesny film - bolesna strata Pixara, którego kiedyś kochałem.
USA, 2026, 104'
reż. Daniel Chong, sce. Jesse Andrews, zdj. Jeremy Lasky, Ian Megibben, muz. Mark Mothersbaugh, prod. Walt Disney Pictures, Pixar Animation Studios, wyst.: Piper Curda (głos), Kathy Najimy (głos), Dave Franco (głos), Tom Law (głos), Sam Richardson (głos)
Meteory
Dobrze zapowiadający się film o dorastających nastolatkach z marginesu społecznego - utonął w mozolnym bagnie przytłaczających nawyków ze szkoły średniej. Nie mam nic przeciwko, żeby pokazywać senne miasteczka, brak życiowego celu czy szaleńcze podejście do mglistej rzeczywistości, lecz nie potrafię pokochać stylu autorów, którzy chcieliby wzruszać i jednocześnie być ,,cool'' młodzieżowi (przepraszam za slang, ale kiedyś używałem takich słów bez wstydu, teraz, jak jestem starszy zaczynam tego unikać, bo wolę posługiwać się polskim słownictwem). Jest coś sprzecznego w tej społecznej inercji młodych chłopców, którzy z braku perspektyw robią głupie rzeczy i nie potrafią odciąć się od mętnej, wyblakłej przeszłości.
Pełnometrażowy dramat francuskiego scenopisarza Huberta Charuel opowiada o losach dwójki znajomych: Mika-Michael (Paul Kircher) i Dan-Daniel (Idir Azougli). Prześcigają się w absurdalnych pomysłach, trwoniąc młodość na piciu kolorowych koktajli, popalając uzależniające substancje chemiczne, rozbijając się samochodem na pobliskim rowie, kradnąc, przy okazji, drogocennego kota z osiedla, z czipem na szyi, gdyż ma informować o jego kradzieży (przyznam, że to zabawne i wstęp oferuje komediowy sznyt godny francuskiej szkoły filmowej), ale potem robi się z tego przeciętny zarys obyczajowy, jak dwójka chuliganów zostaje przesłuchana przez policję i postawiona przed sądem, za karę, że uprowadziła słynną maskotkę. Po prześmiewczym prologu historia przechodzi przez etap resocjalizacji oraz drobnej napaści padaczkowej, jak jeden z bohaterów dowiaduje się, że umiera.
![]() |
| Foto. Domino Films |
Żeby uniknąć dalszych konsekwencji prawnych panowie zabierają się za ,,prawdziwą robotę'' - wcześniej pracowali nieformalnie, albo dorabiali w Burger Kingu (a wiemy, że to nie jest praca marzeń, dla nikogo). Postanowili znaleźć okazję zatrudniając się w elektrowni jądrowej, wystarczająco podejrzanej, ponieważ istnieje ryzyko choroby popromiennej. Nie pomaga fakt, że jeden z naszych towarzyszy (a konkretniej Dan) ma nieuleczalny problem z alkoholem, i taka śmiercionośna kombinacja przyniesie bolesne skutki. Choć doceniam starania, żeby ujawnić, jak małe peryferia francuskie utrudniają znalezienie godnej płacy i sensownego stanowiska na listach pracodawcy - to prędko przeistacza się w krąg piekła Dantego. Zanurzając bohaterów w upadek społeczny, jak alkohol zatruł organizm, a bezdenna pustka egzystencjalna zostaje wypełniona substancjami marnej jakości jako substytut zdrowej diety. Jego zimna aura, przesadna apatyczność i brak konkretnego rozwoju postaci sprawia, że film staje się obolały. Początek zwiastował łagodniejsze podejście do imprezowego stylu życia, ale poszedł w zatrważającą obojętność wobec ludzi, którzy zmagają się z mętną rzeczywistością, gdzie brak stałej pracy utrudnia stabilizację życiową. Sam dramat także wydaje się letni, ponieważ nigdy nie wychodzi poza wygodę i wygłupy młodych chłopaków, jakby nie chcieli, na siłę, dorastać.
Dobre role aktorskie nie wystarczą, jeśli nie potrafisz nakreślić bohaterów w ich kruchej pozycji społecznej. Przyjaźń została przedstawiona jako przystanek do kolejnego nalewanego kieliszka, żeby iść od imprezy do imprezy bez żadnej refleksji towarzyskiej. Co prawda, Michael chce uratować swojego kumpla od tragicznego finału, ale jak uratować kogoś, kogo procenty ściągają na dno? Gdy jego zdrowie jest wyczerpane, a on nie przejmuje się gorzką diagnozą medyczną? Jest tylko jedna scena, która autentycznie przeraża, kiedy Dan upada na taśmę i ląduje w odpadach chemicznych - sprawiła niemalże stan niedowierzania, jak chciałem zainterweniować, czyli wejść w ekran i pomóc wydostać się z tej agonii. Szkoda, że cały film nie ma takiej siły rażenia, jak uczyniła to jedna, dość symboliczna scena. Kłopoty z epilepsją, nałóg alkoholowy i bezdenna ciemność ludzkiego życia sprawiła, że po seansie czułem się paskudnie. Wyprany z kolorowej tkaniny.
Francja, 2025, 107'
reż. Hubert Charuel, sce. Hubert Charuel, Claude Le Pape, zdj. Jacques Girault, muz. Matthieu Gasnier, prod. Domino Films, France 2 Cinema, Canal +, wyst.: Paul Kircher, Idir Azougli, Salif Cisse, Elsa Bouchain




0 Komentarz(e):
Prześlij komentarz