niedziela, 8 marca 2026

O dwóch klasykach kina, które warto zobaczyć #3

 

Kadr z filmu ,,Krakatit''.
Foto. Ceskoslovenská Filmová Spolecnost

Wraz z nowym rokiem otwieram nową kategorię, czy nowy program na swoim kanale. Postanowiłem podzielić się wrażeniami z filmów, o których mało się mówi, lecz są godne polecenia (według własnego uznania). W tym przedziale będą pojawiać się filmy z lat: 1932-1999. Głównie skupię się na rzeczach mniej rozpoznawalnych, które nie miały szerokiego dostępu, albo są nagradzane, ale wciąż nie mają ,,rozgłośni''. Nie będę skupiał się na nowszych filmach, co nadeszły wraz z XXI wiekiem. Nie będę mówił czy obiecywał, jaka będzie częstotliwość tych materiałów, choć raz na miesiąc powinno się udać (a przynajmniej raz na dwa miesiące). Także, zapnijcie pasy - startujemy z nowego lotniska. 

Krakatit

Świetny klasyk kina czeskiego. Na podstawie powieści słynnego autora fantastyki naukowej Karela Capek. Brutalnie odzierający ze złudzeń - opowiadający o samozagładzie ludzkości, tuż po tym, jak zakończyła się II wojna światowa. Obserwujemy losy Prokopa (Karel Höger) - zdolnego ucznia chemika, który opracował śmiercionośny proszek gotowy zdmuchnąć świat z powierzchni Ziemi. Zapomnijcie o dyktatorach, o konfliktach międzynarodowych - naukowiec ma broń zdolną unicestwić całą planetę bez użycia siły. Thriller na oparach - mężczyzna snuje się w gorączce po planie filmowym, z częściową amnezją oraz zaburzoną pamięcią, co dodaje pikanterii do ostrej wymowy fatalistycznej przyszłości. Jego majaczenia dobrze oddają strach oraz lęk przed bombą wodorową. Gdzie stwórca obawia się własnego wynalazku - żyjąc w chmurze niepewności. Niczym sen szaleńca, który nie panuje nad nadciągającą zagładą. Widzi rzeczy i podmioty ludzkie, które nie mają miejsca. Jakby żył w chorej wyobraźni, gdzie stał się aktorem pierwszego planu.

Sam wstęp sugeruje, że jesteśmy pogrążeni w gorączce rozpaczy, jak bohater ekranu, który próbuje wszystkich ostrzec, aby zostawili tytułowy Krakatit w spokoju. Jako jedyny nie dostrzega w tej substancji rozwoju, lecz środek do wszczęcia wojny i zastraszania przeciwników. Napotkani przejawiają postawę wobec drażniącej inwestycji chemicznej - jedni przewidują szybki zarobek i zastosowania militarne. Drudzy - mogliby zastraszyć opozycję, wzbudzając powszechny szacunek w wyższych sferach politycznych. Niezależny inżynier musi opierać się interesownym grupom, bo nie zamierza brać udziału w apokaliptycznej rozbudowie. Chce powstrzymać tajnych agentów, rodzinę królewską od przyszłej tyranii rozproszonego materiału Krakatit. Co zaskakujące - kino pozwoliło sobie na dowcip i groteskowy stan rzeczy. Nikt nie dostrzega zagrożeń, nikt nie przejmuje się tym, że w nieodpowiednich rękach bomba unicestwi ludzkość w sekundę. 

Foto. Ceskoslovenská Filmová Spolecnost

Absurd zostaje spotęgowany niecodziennymi scenami, jak zatrzymanie klatki w kadrze, jak woda kapie z kranu (zamrożenie czasu), jak w lustrze z szafy dostrzega zarys kobiety, a kiedy spogląda w bok - nikogo tam nie ma. Nieustannie podkręca tajemnicę, czy to jego urojenia, czy faktyczny zapis paranoi przed bombą odliczającą minuty do upadku ludzkości. Czas jest rozproszony - skacze po wydarzeniach, od laboratoryjnych, akademickich epizodów, do przezabawnego zlotu królewskiej rodziny, gdzie młoda księżniczka zakochuje się w paranoicznym bohaterze - parafrazując femme fatale - błędną kobietę poszukującą uczuć w swoim zimnym, zdystansowanym sercu. Eksperymenty naukowe i ładunek termojądrowy stał się dodatkiem do psychicznych defektów niespokojnych postaci widywanych na ekranie. Płynnie przechodzi między farsą, sensacją, a surrealistyczną wizją człowieka zdesperowanego, który błaga otoczenie, aby porzucili badania nad zgubną substancją o reakcji łańcuchowej. 

Dzisiaj widać, jak na dłoni, które sceny były kręcone w atelier, zaś moralizatorski finał nie przystaje do współczesnej narracji przepychu, ale to kino broni się atmosferą zaszczucia i czarnej komedii bez komedii. Suchy dowcip między dialogami pozwala odsapnąć od mrocznej, depresyjnej myśli inżyniera. Nieugięty Prokop nie zgina karku do posłuszeństwa, odmawia firmom, bogatym udziałowcom, rodzinie ze szlachetnego rodu, każdemu, kto ma interes, by zyskać władzę nad Krakatit. Nowocześnie lawiruje między gorączką, a ostrzeżeniem przed nuklearną autodestrukcją. Biorąc pod uwagę okoliczności, że film powstał zaraz po II wojnie światowej - jego anty-przemocowe zacięcie wydaje się konsekwencją niedawnej brawury faszystów w Europie. Jego makabryczny ton oddaje mglista poświata, sceny żywcem wyjęte z surrealistycznego koszmaru, jak kobieta traci twarz na scenie, a lęk przed hukiem podkręca krzykiem i zawrotami głowy. 

Czechosłowacja, 1948, 110'

reż. Otakar Vavra, sce. Otakar Vavra, Jaroslav Vavra, zdj. Vaclav Hanus, muz. Jiri Srnka, prod. Ceskoslovenská Filmová Spolecnost, wyst.: Florence Marly, Jiri Plachy, Karel Höger, Natasa Tanska, Miroslav Homola



The Wicked Go to Hell 

Mało znany kryminał, z oszczędną narracją i surową przestrzenią. Akcja ma miejsce w więzieniu, gdzie regularnie dochodzi do bójek, a przestępcy marzą o ucieczce. Niedoceniany Robert Hossein staje za kamerą oraz wciela się w twardziela w epizodycznej roli. Byłem zaskoczony zmianą tempa w drugiej połowie seansu, kiedy opuszczamy zimne kraty, długie korytarze z celami. Początek zapowiada klasyczne kino w zamkniętych murach, gdzie strażnicy pilnują porządku, mężczyźni przesyłają wiadomości na drobnych karteczkach, żeby informować o planach czy zdrajcach. Niegdyś słynny francuski nowofalowiec Francois Truffaut nie napisał pochlebnej opinii o tym kinie, i nie za bardzo rozumiem, dlaczego, ponieważ przedstawia twardą przyjaźń między kryminalistami bez krzykliwej słodkości. 

Zazwyczaj nie zgadzam się z krytykami filmowymi z Cahiers du Cinema (wielokrotnie łapałem się za głowę, że mam odmienną opinię), dlatego stanę w obronie tego niszowego noir, o którym mało kto słyszał, i mało kto oglądał. W więzieniu obserwujemy codzienne rytuały, marsze przez korytarze, z pokręconym skrzyżowaniem koło figurki Chrystusa, śledząc losy Rudel i Pierre, którzy mają podejrzaną relację. Łączy ich burzliwy związek między miłością, a nie ufnością do współwięźnia. W pierwszej połowie seansu - główni bohaterowie byli mi obcy, i bardziej interesowało mnie życie prywatne Georges'a. Kruchego, wrażliwego więźnia, gdzie na widzeniu dowiaduje się, że jego kobieta prosi o rozwód. Jako jeden z dwóch więźniów - śpiewa piosenki, tańczy i wydaje się promykiem słońca w brutalnej kolonii więziennej we Francji. Wnosi koloryt do twardych reali, gdzie podejrzani sprawcy zaplanowali efektowną ucieczkę z kamiennej twierdzy. Potem przechodzimy do dalszej fazy programu - znikając na odległą wieś, gdzie mężczyźni ukrywają się przed sprawiedliwością. 

Foto. Champs-Élysées Productions

Seans nabiera rozpędu, jak dwóch przebierańców w mundurze trafia do domku artysty i jego muzy - o olśniewającej urodzie, przybierając kształt napięcia seksualnego między porywczymi mężczyznami, a drobną dziewczyną (w tej roli zawsze mile widziana Marina Vlady, która zagrała kapitalnego ducha lasu w ,,Czarownicy'' z 1956 r., o której rozpisywałem się w tym wątku). Biorą ją jako zakładniczkę w tym spektaklu, wikłając się w pokraczny trójkąt pełen animozji i chwiejnej relacji braterskiej między uciekinierami. Panowie planują naprawić samochód, żeby odjechać z puszczy, z odizolowanej wioski, gdzie nie ma żywej duszy w okolicy, gdzie dominuje plaża i teren bez ozdobników. Robert Hossein robi kapitalną robotę - pozostawia widza w osłupieniu, gdyż krzyżuje brutalne, sadystyczne sceny z wyciszonym kadrem, jak krąży wokół debaty, komu można zaufać, a kto robi za czarną owcę w stadzie. Do końca nie wiadomo, czy ktokolwiek jest pozytywnie nakreślony. Ani dziewczyna, ani byli współwięźniowie nie przejawiają klasycznych cech ,,dobrego'' bohatera z ekranu. 

Kiedy francuscy autorzy z tamtego okresu eksperymentowali z formą czy zasadami tradycyjnego kina - ,,The Wicked Go to Hell'' bywa powściągliwy. Jego surowość pozostaje niedostępna dla modnej nowej fali w latach 50. Unika efekciarskich sztuczek, na koszt podstępu narracyjnego - więźniowie wzajemnie się uzupełniają. Rudel jest dobroduszny, i mniej namiętny, za to jego były kolega z celi bierze siłą kobiety, a także częściej popełnia błędy przez gwałtowne postępowanie (tragiczny wypadek, jak postrzela owczarka niemieckiego na oczach właściciela). Być może przeszedł bez echa, bo nie wywracał niczego do góry nogami, nie podążał za trendami. Śledził pojedyncze losy trzech postaci o zgoła odmiennym temperamencie. Gdzie jego zimna, podstępna aura, brutalna szczerość, i finał bez dopowiedzenia mógł zostać zignorowany przez środowisko filmowe. W każdym razie - mocne noir, gdzie męska przyjaźń zostaje wystawiona na próbę, a kobieta nie jest cnotliwa, jak sugeruje pierwsza scena z jej udziałem. 

Francja, 1955, 93'

reż. Robert Hossein, sce. Rene Wheeler, zdj. Michel Kelber, muz. Andre Hossein, prod. Champs-Élysées Productions, wyst.: Serge Reggiani, Henri Vidal, Robert Dalban, Marina Vlady, Jean Clarieux

0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz