
Kadr z filmu ,,Elvis Presley''.
Foto. Authentic Studios
Lecimy z tematem, bo czas goni ;)
Wielka mała koza
Miłośnicy koszykówki nie znajdą tu niczego inspirującego. Współczesne animacje borykają się z taśmową, korporacyjną robotą bez umiaru - z montażowym bałaganem i wyprutymi z odwagi bohaterami na pierwszym planie. Sony, to firma, która nie ma cech wiarygodnego świadka - produkuje nieestetyczne, przeładowane kolorami tworzywa bez szczegółowego planu. Starają się konkurować z ugrzecznionym Pixarem, lecz nie potrafią ukryć swojej brudnej twarzy. Sport, to ledwie wymówka dla studia, żeby zaprezentować kawałek nieświeżej pizzy ze śmietnika. W życiu można strzelać piękne bramki, jak Mario Jardel, pić na umór, jak Charles Bukowski, komponować utwory, jak Jean-Michel Jarre, ale artystą trzeba się stawać, a nie bywać.
Sony nie ma duszy - ma puste wahadełko, jak zaczarować publicznością, żeby myślała, że tworzy coś wyjątkowego. To cyniczna animacja pogrążona w chaosie scenariuszowym, skręcająca w modne telefony wyświetlające puste reklamy, gdzie sport nie ma zasad, bo zawodnicy na parkiecie nigdy nie przestrzegają regulaminu. Po co tworzyć filmy sportowe, jeśli nie ma stawki, gdy piłka wpadnie do siatki z zamkniętymi oczami, kiedy w ostatnich minutach wygrywasz, bo tak zaplanowani mierni scenarzyści? Wyrachowana, wyliczona w tabelkach finansowych taśmowa produkcja, o której zapomnę za tydzień.
To wstyd, że po seansie muszę sprawdzić, jak nazywał się protagonista programu, bo seans przeszedł bez szumu oraz zaangażowania, co dzieje się na boisku, ponieważ nie opiera swojej siły na kreowaniu skrzydłowych czy zbiórki spod kosza. Koszykówka bez koszykówki - bez ustalonych pozycji, bez trenera oraz taktyki. Siedzisz wieczorem przed telewizorem podziwiając stare wideo ze Scottie Pippen, a potem obserwujesz ,,Wielką małą kozę'', która ignoruje jakąkolwiek rywalizację, a na boisku nie obserwujesz przebiegu wydarzeń, lecz skrócony, kalendarzowy przegląd drobnej kozy marzącej o baskecie - wspinając się po szczeblach kariery od zera do bohatera. Ta brutalna ignorancja sprawia, że bohater ma ustalony cel - wygrać, bez względu na to, z kim gra i w jakich okolicznościach. Autorzy od samego początku porzucają wszystkie zasady tradycyjnej koszykówki, żeby nakreślić mało intrygującą przygodę o małym zwierzęciu, który podbija NBA bez żadnych przeszkód. Nie tak dawno powstała prawdziwie kinetyczna bomba w tym zawodzie - mianowicie ,,Kuroko's Basket: The Last Game'' (2017), gdzie żywiołowość oraz pot wylewany podczas pracy mięśniowej oddawał sedno sportowego wysiłku.
,,Wielka mała koza'' nie ma niczego, co przykuwa do koszykówki - ani charyzmatycznych przeciwników (głównie skupiają się na fizycznej agresji i deptaniu po słabszych), ani finezyjnych rzutów za trzy punkty lub minimalnie zwinnych zwodów (w pojedynkach jeden na jednego rozprasza nierozważny montaż, który psuje czytelność zagrania piłki). Fizyczne przepychanki są na pokaz, a rzuty przeszarżowane, jak w grze komputerowej. Przepraszam, jeśli podchodzę do animacji zbyt technicznie, bo zdaje sobie sprawę, że nikt nie celował w realizm, ale nie musi być realistycznie, żeby podziwiać akrobatyczne ruchy na ekranie. Sęk w tym, że mecze są ,,ustawione'', nie mają żadnej temperatury ani wagi ciężkiej. Są atrapą, pustą tekturą, gdzie role są przydzielone, a finał znany od początku. Po co oglądać filmy, skoro znasz finał, a bohater przechodzi bezbolesną drogę na szczyt? Zmarnowany potencjał tonący w wyblakłej reklamie niegdyś uwielbianego sportu.
USA, Kanada, 2026, 100'
reż. Tyree Dillihay, Adam Rosette, sce. Teddy Riley, Nicolas Curcio, Aaron Buchsbaum, muz. Kris Bowers, prod. Columbia Pictures, Modern Magic, wyst.: Gabrielle Union (głos), Aaron Pierre (głos), Nicola Coughlan (głos), Nick Kroll (głos), Jenifer Lewis (głos)
EPiC: Elvis Presley in Concert
Sensowny dokument o legendzie rocka. O głosie, jak dzwon, który grzmi ze sceny, w bujanych ruchach scenicznych, w fikuśnych fryzurach i cudacznych strojach z ubiegłej epoki. Wielka ikona pop w swoim natarczywym blasku: od przesadnych peleryn z klejnotami, do za dużych kołnierzyków w białych mankietach, montujący teledyski w eleganckich brykach, gdzie robi za kierowcę rajdowego naśmiewając się ze swojego statusu ,,wielkiej gwiazdy ekranu''. Niewątpliwie, szaleństwem byłoby pokazać Elvisa bez przepychu, bez jego laleczkowej urody, dlatego obraz pożera go w dynamicznym montażu, jak gra na gitarze, całuje się z fankami oraz śmieje się z własnej rozpoznawalności. Dzisiaj takich ,,mega-gwiazd'' już nie ma - mógłbym rzucić banalną sentencją, ale coś w tym jest - że zna go każdy, nawet jeśli nie słuchałeś/aś ,,Little Sister'' czy ,,Burning Love''.
Chwytliwe piosenki, donośny głos za mikrofonem, makieta z futrami, twarz z okładki i charyzmatyczna postawa sprawia, iż podbił serca miłośników głośnej, tanecznej muzyki z rytmicznymi wersami między pracą, a wypoczynkiem. Dokument jest równie energiczny, jak Elvis ściekający potem po długich godzinach w trasie i na scenie. Uzdolniona bestia tamtego pokolenia - śpiewa gospel, coveruje piosenki innych wokalistów, jak Paula McCartney. Wozi się w za szybkich samochodach, obściskuje wokół widowni, płonie na deskach, jak rytmicznie porusza nogami do bitu.
Płonący żywioł - ukazujący efekciarski styl Elvisa, który nie znał umiaru. Zażywał narkotyki, nosił krzykliwe ubrania, kontrowersyjnie rozstawał się z żoną, gdzie po rozwodzie potrafili trzymać się za ręce. Czy urodził się po to, aby konać na scenie? Napięty grafik, liczne towarzystwo i nadmiar wrażeń mogło spowodować, że był większy niż życie. Wciąż nie wiele wiadomo o Elvisie, poza tym, że miał urok playboya, ozdabiał plakaty w pokojach młodych dziewczyn, był chłopakiem z klasy niższej, aby wejść na szczyt, gdzie jego blask nie maleje po śmierci. Dokument niczego nowego nie powie - przedstawia wycinek z ryzykownego trybu piosenkarza, który jest uwielbiany przez tłumy ludzi, gdzie jakieś namolne dziewczyny same podbiegają, żeby go pocałować w policzek. Czasem się zastanawiam, jak to możliwe, że jeden człowiek potrafił poruszyć całą epokę i zostać zapamiętanym jako król rock&rolla?
Mało kto zapisał tak wybujałą historię muzyczną, jak Elvis ze sztucznymi rzęsami na parkiecie. Jego transgresja była przełomowa - androgeniczna, nieskażona twarz amanta, kreujący modę między kolejnymi utworami kręconymi w studiu. Z zamaszystym ruchem porywa publiczność, kręci widowiskowe klipy, a na nagraniach widać jego lekkość i rozpoznanie, jak działa show-biznes. Gdy dla jednych nagranie piosenki w Kansas byłoby wydarzeniem milowym, to drudzy podbijają rynek i dyktują warunki, jak rozkwita branża muzyczna. Jeśli szukacie szybkiego, wybuchowego koncertu - Elvis sprawi, że potuptasz nogami, bez względu na to, czy w wolnej chwili słuchasz soul czy elektronicznego brzmienia na słuchawkach.
Australia, USA, 2025, 96'
reż. Baz Luhrmann, prod. Authentic Studios, Bazmark Films, wyst.: Elvis Presley, Cary Grant, Sammy Davis Jr.
Ghost Elephants
Z całej trójki mój osobisty zwycięzca ,,zestawienia''. Obłąkany niemiecki reżyser powraca w glorii. Żeby przyjrzeć się słoniom-widmo. Tak, dobrze czytacie. Słoniom-widmo, dlatego wraz z badaczem wyrusza w głąb angolskiej dżungli, aby poznać nieznane. Między surrealistyczną powłoką senną, a utraconym szaleństwem za przeszłością. Herzog imponował od dawna - nigdy nie szukał taniej, przystępnej rozrywki, bywał tam, gdzie inni nie postawili stopy. Odrzucił racjonalność, żeby zanurzyć się w mrocznym romantyzmie własnych wizji. Tym razem spotyka się z ekologiem, co wpatruje się w największego ssaka lądowego - gdzie sama skóra zwierzęcia waży ze dwie tony. Jego resztki spoczywają na drewnianym modelu, a obsesją naukowca jest poznać odpowiedź, czy spotka drugi okaz - nie jako makietę, ale żywą istotę.
Herzog wie, gdzie uderzyć, aby kino imponowało. Pomimo obejrzanych setki filmów, lepszych i gorszych - Herzog oddala się od bylejakości, od współczesnego trendu, aby osiąść na laurach. Porzuca konformizm. Wędruje daleko, wysoko w góry, puszczając się w krzaczasty las poznając dawne plemiona, które nucą piosenki, o których byś nie pomyślał. Panowie mają wspólny język - dyskutują o możliwej porażce przygody. Szansa, że spotkasz słonia, którego nikt nie widział od setek lat - nie potrzebuje wyjaśnienia. Nieważny jest cel, jak pisał Terry Pratchett, ale to, co wydarzy się ,,po drodze''. Śmiali wędrowcy zatrudniają tubylców, którzy potrafią zidentyfikować słonie na podstawie odcisku stopy, przeprowadzając DNA z odchodów, i różnych kości rozrzuconych przez przodków.
Ma w sobie ulotną atmosferę zapomnianych cywilizacji, wzbijamy się po gigantycznych, molochowych płaskowyżach, gdzie powietrze jest rozrzedzone, więc ciśnienie atmosferyczne spada. Nie kieruje nimi żadna naiwność, ani mity, a to, czy spotkają słonie ze snów - ,,Nie ma znaczenia'', jak powiada badacz. To imponująca widokówka z egzotycznej Afryki, godna nostalgii gry wideo o tytule ,,Syberia'' (2002), gdzie także szukaliśmy zapomnianych mamutów, gdzie podróż jest tylko tłem dla osobistych pragnień ludzkich. Tajemnica idzie w parze z niewiadomą - w końcu nikt nie oczekuje, że poszukiwania ujrzą satysfakcjonujący finał, co sprawia, że do końca seansu zastanawiasz się, czy sny zostaną spełnione. I czy spotkam mitycznego słonia, którego nikt nie widział za zasłoną objawienia. Herzog, to jeden z tych ostatnich obieżyświatów, którzy szukają niewidzialnego, dla nikogo nieobjaśnionego. Kieruje nim starożytna siła, pamięć o rzeczach zatartych, skrywanymi pod niematerialną plandeką. Wsiąkamy w niezamieszkane rejony, dalekie od chłodnej cywilizacji, gdzie dominują doliny czy torfowiska. Trafiając na mężczyzn, którzy wyczytują rzeczy z piasku, a my obserwujemy te dzikie tereny z podziwem, bo kto chciałby śledzić sprawę, o której nikt nie rozpisze kolumny w wielkich czasopismach internetowych?
Na tym polega fenomen tego niby dokumentu - przemierzając ślady starożytnych ludów oraz słoni o duchowym pokrewieństwie z ludźmi, które troszczą się o bliskich. Przyciąga, jak magnes błyskotliwa kamera obserwująca zwyczaje pierwotnych plemion, jak jeden z buszmenów (San Buszmen) naprawia swój instrument muzyczny w ciszy, a kadr sumiennie go obserwuje bez uderzenia w pałeczki. Gdzieś w tle przewijają się mroczne epizody historyczne w Angoli, jak pamiętacie (lub nie) miała tam miejsce wojna domowa rozpoczęta w 1975 r., więc teren przepełniony jest minami i okrutnymi narzędziami technologicznymi. Ma znakomite sceny, jak panowie porzucają samochody, przenosząc motocykle przez rzekę wypełnioną krokodylami (odważnie, jak na białych cudzoziemców!). Cała historia ma też wymiar ostrzegający, z nutką ekologicznej zadumy, ponieważ zwierzęta są zabijane dla trofeów, a Herzog wyrusza na tę wyprawę nie po to, aby coś udowodnić, albo wierzyć w mity - to coś głębszego, i mniej namacalnego; świadoma obsesja i pogoń za utraconą zbiorową pamięcią ekosystemu. Wirujące gwiazdy na niebie i obiektyw pod wodą sprawia, że zapomniałem o rzeczywistości.
USA, 2025, 98'
reż. Werner Herzog, sce. Werner Herzog, zdj. Eric Averdung, Roger Horrocks, muz. Ernst Reijseger, prod. Sobey Road Entertainment, wyst.: Steve Boyes, Werner Herzog, Xui Dawid, Kobus


0 Komentarz(e):
Prześlij komentarz