Mortal Kombat II
Adaptacja gier wideo, czyli ciąg dalszy narzekania, że lepiej zagrać, niż oglądać. Doskonale wiecie, jaki mam stosunek do tej praktyki. Niechęć, to za małe słowo. Po co robić filmy na podstawie gier, gdzie gwoździem programu jest lanie się po twarzy? Jako film akcji - standardowa robota bez większych mankamentów. Jednocześnie, to minimalistyczna historia, zapętlona w krwiożerczych rytuałach. Mortal Kombat słynie z brutalności, i tę brutalność próbuje zaakcentować w postaci wyrywanych kończyn, jakby wyskoczył psychopata zza płotu. Produkcja dla zagorzałych sympatyków ,,Tekkena'', ,,Virtua Fighter'' i pozostałych mordoklepek, które nie mają na siebie pomysłu, bo skoro historia jest dodatkiem, to film jest ledwie przyswajalny jako nośnik przedłużenia gry na konsoli. Jednak, skoro masz konsolę i możesz używać pada, to po co ci film, w którym nie możesz używać kombosów i kombinacji, bo biernie przyglądasz się zawodnikom na arenie? W tym czasie lepiej włączyć napęd z płytą i zapomnieć o filmach. ,,Mortal Kombat'' jako seria filmowa nie ma żadnego sensu, poza racjonalizacją czyiś wymysłów, że chce oglądać, jak inni grają w tę samą grę (bez twojego udziału). Dlaczego twórcy notorycznie mylą sztukę filmową z kuglarstwem? Filmy nigdy nie oddadzą sedna gier wideo, więc po co brnąć w tę narrację? Łudzić się, że kino to dobry materiał na promowanie gier wideo (spieszę z wyjaśnieniem, że kino nie ma nic wspólnego z grami wideo, wbrew przekonaniom ludologicznym), to masowe oszustwo, że ktokolwiek potrzebuje jakiejkolwiek adaptacji.
Dlaczego jako gracz miałbym oglądać film na podstawie bijatyki, zamiast odpalać PlayStation 4 z nagrzaną płytą? Odhaczam adaptacje gier wideo tylko po to, żeby mieć to z głowy. Utwierdzając się w przekonaniu, że gra powinna zostać grą, a nie fantazją producentów, których nie interesuje dobra rozrywka na szklanym ekranie. Jeśli ktoś myśli, że robią coś dla fanów, to przeważnie dlatego, że biznes się zgadza. Ludzie zarabiają na cudzej naiwności, na cudzych marzeniach, jakoby bohaterowie z okładek branży gamingowej wskoczą na piedestał kinematografii. Muszę was zmartwić - kinomaniacy nie chcą postaci z gier wideo! Wolę prostą, kognitywną szczerość, niż imitację oryginału. ,,Mortal Kombat II'', to złudzenie, że przypomina grę wideo. Nieatrakcyjne walki, bierność, i dialogi, których nikt nie potrzebuje, bo przypominam!, to bijatyka. Klepanie guzików na padzie, żeby sforsować obronę przeciwnika. Po co dorabiać ideologię, skoro scenariusz jest zbędny? Żeby to jeszcze było atrakcyjne oraz estetycznie wybujałe, ale ponownie - dostaję tandetę w czystej postaci. Po co mi takie kino? Lepiej rozsiąść się na kanapie, odpalić tę przeklętą płytę i zapomnieć, że kino imituje coś, czego nie przełożysz na język filmowy, czyli satysfakcję, że komuś wyrwałeś kręgosłup. To zawsze była głupkowata, przesadna, komiksowa brutalność bez cięcia, a mimo to - filmowcy próbują, na siłę, być poważni, zamiast potraktować Mortal Kombat jako żart z konsumentów, którzy chcą być ukrytymi zabójcami.
USA, 2026, 116'
reż. Simon McQuoid, sce. Jeremy Slater, zdj. Stephen F. Windon, muz. Benjamin Wallfisch, prod. New Line Cinema, Atomic Monster, Broken Road Productions, wyst.: Adeline Rudolph, Karl Urban, Martyn Ford, Ludi Lin, Josh Lawson, Chin Han
I Swear (Przysięgam)
Dosyć znamienne, że film biograficzny staje się ikoną emocjonalnej zaćmy. Zespół Tourette'a jest stosunkowo rzadko poruszany w mediach głównego nurtu, więc kinematografia spieszy z wyjaśnieniem problemu pragnąc instynktownego uzdrowienia. I zwiastuje dokładnie to samo, co 90 procent produkcji o czyjejś chorobie - udaje zaangażowanie społeczne i analizę pacjenta. Piętnastoletni John urodził się w podłej Szkocji, gdzie drwi się z chłopaka, że ma tiki nerwowe i stosuje niekontrolowane przekleństwa. Zamiast empatii - szerząca się patologia społeczeństwa, która nie dostrzega cierpienia w drugiej duszy. Zanadto gloryfikuje bohatera programu, zamiast spojrzeć szerzej na znieczulicę społeczną. Twórcy chlubią się jego wykończającą chorobą, dlatego aktor ma nieustannie uszkodzoną mikro-ekspresję, zaburzoną rytmikę ciała (przesadne przekleństwa jako forma niezdrowej komedii) - traktując chorobę jako wytrych, żeby ujrzeć groteskową wizję człowieka bez hamulców neurologicznych.
To miała być lekcja o schorzeniu, a wyszedł nieśmieszny obrazek o kulawej stronie społeczeństwa. Gdzie wybuchy złości młodego Johna są podniesione do rangi niewybrednego skeczu z TVN. Bohater otrzymuje leki, które nie przynoszą rezultatu. Matka jego przyjaciela, pielęgniarka zdrowia psychicznego pomaga chłopcu w leczeniu terapeutycznym. Ułatwiając osiągnięcie samodzielności w dorosłym życiu, żeby choroba nie stała się przyczyną izolacji społecznej i nadmiernego wstydu od niepowodzeń zdrowotnych. Z czasem nabiera większej ogłady (na ile pozwala samokontrola), doradzając młodym osobnikom, jak radzić sobie ze stresowym zachowaniem przez Tourette'a. Jednakże, to mało osobliwy film biograficzny, nie zagłębiający się w psychologiczny defekt. Oko kamery obserwuje bohatera jako bezbronnego, bezradnego mężczyzny w szkiełku nierozgarniętej Szkocji, która nie potrafi przyjąć postawy empatycznej (znamienna jest scena, jak kobita krzyczy oburzona na chłopa, bo uruchomił mu się tik nerwowy i zaczął wybuchać). Unika społecznej odpowiedzialności, na koszt sprawdzonej formuły biograficznej, żeby zagrozić bohaterowi w jego relacjach towarzyskich. To mechaniczny, prymitywny trik z lat 90., który w XXI wieku nie powinien działać.
![]() |
| Foto. StudioCanal Films |
Film, w istocie wykazuje się markowanym współczuciem wobec Johna, którego nie diagnozuje, lecz idealizuje. Dlaczego nie wiemy, skąd to powszechne nadużywanie wulgaryzmów przez chłopaka?Trywializuje chorobę jako efekt pustej komedii, żeby widz nie czuł się pokrzywdzony, lecz uszczęśliwiony, więc nigdy nie wpada w poważny ton i ucieka od spiralnego introspektywizmu. Nie zagląda w głąb młodego Johna, bo nie interesuje go poznanie badawcze, ale kolejny film biograficzny, który musi odhaczać klisze gatunkowe. Jego dydaktyzm jest oszukany, skoro nigdy nie porusza się po strefie pacjenta, jego ckliwość jest wymuszoną wizytówką mdłego gatunku.
To nieuczciwa produkcja, która karmi widza wyobrażeniem, że zostanie zaakceptowany bez większej świadomości społecznej. Co zaskakujące, i dosyć wymowne jest, że nazwał aktorów czarnuchami na scenie podczas rozdania nagród BAFTA, i już lewicowi konformiści (a właściwie - lewicowi wariaci bez rozumu) zaczęli rzucać słowami, jak ,,rasista'' (oto przykład fałszywej tolerancji społecznej, jakże znamiennej dla Zachodu). O czym dowiecie się więcej czytając ten artykuł przez zmanipulowaną stację telewizyjną CNN. John Davidson, jak powszechnie wiadomo - cierpi na zaburzenie, zwane koprolalią, co powoduje, że nie potrafi zapanować nad mimowolnym wykrzykiwaniem obscenicznych słów w stronę ludzkiej twarzy. Media i społeczeństwo uwielbia udawać współczucie, kiedy się to opłaca. I film taki jest - chce zagwarantować szerzenie wiedzy na temat choroby, ale co z tego, jak inni mają problem z akceptacją wolności słowa, oraz akceptacją jednostek wykraczających poza normy społeczne.
Wielka Brytania, 2025, 120'
reż. Kirk Jones, sce. Kirk Jones, zdj. James Blann, muz. Stephen Rennicks, prod. One Story High, StudioCanal Films, Wys.: Robert Aramayo, Maxine Peake, Michael Dylan, David Carlyle
Nasz bohater, Balthazar
Zimny prysznic dla współczesnego pokolenia, która nie ma żadnej świadomości politycznej ani świadomości, jak działa współczesna anty-kultura w mediach głównego ścieku. Niezwykle świeża, dynamiczna kompozycja samotnych inceli z zapowietrzonego Zachodu, gdzie rozpieszczony nowojorczyk biega za atencją, jak nabuzowany napój Coca-Cola. Obserwujemy losy nastolatka o imieniu Balthazar, który udaje płacz w mediach społecznościowych, a jego fasada męskości ukrywa się za uczęszczaniem do prywatnej szkoły i rozpaczy na Manhattanie, gdyż mieszka w apartamencie za grube miliony, myśląc że niedoścignie go ukryty lęk i wrodzona obsesja, żeby być w centrum uwagi. Zaczyna się jak komedia o manipulantach i fałszywych influencerach, żeby przejść do kontry, gdzie świat nie wybacza błędów, ani nie nagradza za bezmyślność umysłową. Radykalna lekcja dla nieodpowiedzialnych chłopców, którzy nie potrafią kontrolować swoich antyspołecznych odruchów. Młodzi bohaterowie, choć są to bohaterowie sztuczni i wykreowani na potrzeby tłumu - drwią z zagrożenia i regularnie przeprowadzają ćwiczenia strzałowe z uzbrojonego karabinu.
Jakiś nadęty pozer rozpowiada o planach zamachu w szkole, a Salomon, ten biedniejszy dzieciak z Teksasu, mieszka w parku przyczep kempingowych, przeżywając wewnętrzne osamotnienie i nieodwzajemnioną miłość. Łatwy dostęp do broni czyni z niego łatwy cel dla wrodzonych socjopatów, jak Baltazar. Początek dobrze ustawia konflikt, ponieważ obserwujemy małego smarkacza-narcyza, który na pokaz udaje empatię przeciwko przemocy. A potem spotykamy nieszczęśliwego chłopaka z zapadłego Teksasu, który przestaje widzieć rzeczywistość, bo zostaje ogłuszony rozpieszczonym głosem Nowego Jorku. Solomon, to typowy nastolatek z kryzysem tożsamości, który nie potrafi odnaleźć się w dzikiej konsumpcji otępionego społeczeństwa. Uzależnieni od swoich zabawek technologicznych, jak iPhone, którzy nie wiedzą, jak działa prawdziwy świat, bo cyfrowa podłoga różni się od podłogi materialnej. Fikcja wkracza w dorosły świat, gdzie rządzą prawdziwe siły natury. Buntowniczy nastolatkowie z krwiożerczą manią na punkcie masowych strzelanin nie zdają sobie sprawy, że przekraczają dozwolony limit przyzwoitości. Film obrazoburczo nabija się z kultury przemocy i przedstawia inscenizację śmierci, w postaci sztucznej krwi, udawanych martwych leżących na szkolnym korytarzu.
![]() |
| Foto. Spacemaker Productions |
Karabin szturmowy staje się nośnikiem pewnej idei, i wiary, że swoją ignorancję, niezadowolenie i ból można przykryć substytutem, brutalną fizycznością, gdzie broń jest odpowiedzią na zranione uczucia czy brak uwagi, a Balthazar jest wystarczająco średnio przytomny, żeby zrozumieć jego motywy. To ćwierćinteligent, rozpieszczony łobuz bez pomysłu na życie, który myli cyfrowe marzenia z realną, brutalną prawdą, że broń zabija. Odważne, satyryczne podejście sprawia, że kino nabiera anarchistycznego kształtu. Większość ''bohaterów'' (raczej zagubieni chłopcy) jest niespełna rozumu, gdzie kobiety udają rozwiązłość, a jeden z ojców występuje w branży porno. Rozwiedziona matka Baltazara urządza przyjęcia do Senatu, gdzie kandydaci składają puste obietnice bez pokrycia (cyniczna polityka). Gdzie niezdrowa pasja do broni rodzi przyszłego socjopatę, który pomylił siłę z destrukcją. W tej absurdalnej, czarnej komedii nawet przyjaźń męsko-męska przypomina batalion wojskowy, gdzie broń jest odpowiedzią na odrzucone zaloty przez dziewczyny.
Wyborne, krwiste i nieoczywiste. Solomon, to taki sam świr, który kryje się za maską nieszczęśliwie zakochanego młodzieńca, jak Baltazar otoczony martwym mieszkaniem z laptopem, żeby podkręcać wyświetlenia na fałszywych dramatach społecznych. Chcą uchodzić za stereotypowy wzór męskości, chwaląc się, że potrafią strzelać na strzelnicy, żeby brutalnie ściągnąć naiwniaków do parteru, że są zagubionymi, małymi chłopcami, którzy nie mają żadnej świadomości społecznej.
USA, 2025, 96'
reż. Oscar Boyson, sce. Ricky Camilleri, Oscar Boyson, zdj. Christopher Messina, muz. James William Blades, prod. Spacemaker Productions, Curious Gremlin, wyst.: Jaeden Martell, Asa Butterfield, Chris Bauer, Danny McCarthy, Jennifer Ehle, Avan Jogia





0 Komentarz(e):
Prześlij komentarz