Obecnie urzęduje na brazylijskim festiwalu filmowym w zatłoczonym mieście Sao Paulo, który rozpoczął się z dniem 15 października, a zakończenie ujrzymy pod koniec miesiąca (29 października). Zamierzam opublikować parę artykułów z serii. We współpracy z Cultura Artistica, która specjalizuje się w badaniu, i rozpowszechnianiu kultury. Z racji że na tym festiwalu mamy ponad 300 tytułów w ofercie, rozumiecie, że mam ograniczone pole manewru. Nie da się wszystkiego obejrzeć, i wszystkiego zrecenzować. To niewykonalne. Dlatego szykujcie się na spontaniczne opinie. Wybrałem cztery tytuły (na pierwszy ogień), które udało się obejrzeć, zanotować, więc lecę z rekomendacją, co warto sprawdzić, na przyszłość.
Butterfly Jam
Zacznę od najmniej chwalebnego tytułu, który śmiało mogę uznać za niepoprawny i szkodliwy. Nieświadomie promując męską zaborczość, i męską przemoc, oraz odpychający kult siły, pomimo słabości i kruchego charakteru mężczyzny widzianego na ekranie. Przenosimy się do New Jersey, gdzie dominuje konglomerat skrzyżowanych ras czy obcych zwyczajów wzajemnie wykluczających się w tyglu kulturowym, w wielkim mieście.
Nastolatek pochodzenia czerskiego marzy o karierze zapaśnika, ale zostaje zmuszony porzucić plany przez zaborczego, przestarzałego ojca. Rosyjski filmowiec o nazwisku Balagov przedstawia wyizolowaną społeczność rosyjską w Stanach z nadwyrężonymi emocjami od tłumienia swojej namiętnej wrażliwości. W społeczeństwie utarło się przekonanie, że mężczyzna to jakiś robot z obwodami bez schludnych, wycieniowanych uczuć (nie ma prawa czuć, czy się mylić), i tutaj autor proponuje wydarty stereotyp z książeczki czy nadmuchanego kina akcji bez obciążników. To stara, przebrzmiała opowieść o gonieniu amerykańskiego snu, ale jak opowiadał słynny komik George Carlin ,,To dlatego nazywają to amerykańskim snem, ponieważ musisz spać, żeby w niego uwierzyć''. Typowa rodzina z patriarchalną manierą. Ojciec zarządzający restauracją, dziecko w drodze, bo matka zaciążyła, a dorastający syn ma marzenia, które nie podobają się starszym. Restauracja z wybornymi kanapkami podupada, syn wygrywa pierwszą walkę w zakładzie, tylko po to, żeby przejść do smutnej konkluzji, że liczy się siła, i nie masz prawa do słabości.
Łatwo przewidzieć, że scenariusz zamierza złamać zasady, aby porozmawiać o męskiej czułości w stalowym oddechu, ale robi to nieudolnie i kapryśnie. Zacząłem się zastanawiać, gdzieś po godzinie, czy autor nie popełnił prostego błędu chcąc skontrować stary świat z młodszym, wrażliwszym pokoleniem, co szuka nowych środków wyrazu. Sęk w tym, że w starym świecie istnieli wrażliwi filozofowie, jak Sokrates potępiający demokrację ateńską za nienaturalność. Można się kłócić, że w Sparcie zabijano niemowlaków z wadami genetycznymi, ale czy sama próba dyskusji o kruchości wystarczy, jeśli autor sygnalizuje niezręczną tyradę i wybiera przemoc, kosztem wrażliwości? Młodszy wychowanek nadal chce imponować staremu światu i starym wierzeniom o męskiej, fizycznej sile. Popadając w absurdalne brednie bez żadnej podbudowy scenariuszowej. Jako imigranci na zapleczu społeczeństwa wierzą, że osiągną sukces - mityczny amerykański sen (dlaczego, przecież to Rosjanie!). To karygodnie błahy film, który nie wykorzystuje szansy na bunt Jamesa Dean, który chciał żyć po swojemu, zarówno na ekranie, jak i poza nim. Potrzebujemy prawdziwych buntowników, a nie podrabiaczy, którzy zapisują się na wrestling kultywując prymitywną siłę. To ma być rebelia wobec schematów męskości? Potworna żałość.
Francja, Belgia, USA, 2026, 102'
reż. Kantemir Balagov, sce. Kantemir Balagov, Marina Stepnova, zdj. Jomo Fray, muz. Evgueni Galperine, Sacha Galperine, prod. Why Not Productions, wyst.: Barry Keoghan, Harry Melling, Talha Akdogan, Riley Keough
You'll Never Believe Who's Dead
Nie wiele zabrakło, aby ominęła mnie jedna z najjaśniejszych niespodzianek na gali otwarcia. Ostry, cierpki, sarkastyczny spektakl o irlandzkiej rodzinie, która, dla żartów, rozmawia o ,,wymyślonym'', ,,przyszłym'' rabunku, a potem - z niewinnej, rubasznej teorii przechodzą w tryb żarłocznej piranii. Skoro inni nie potrafią okradać ludzi, postanowili, że zrobią to lepiej i z hukiem! Planują przekuć niepoważną teorię przestępstwa na żywym materiale, chcąc zapolować na majątek miejscowego rolnika, realizując plan na żywo, z marnym skutkiem, dodam.
![]() |
| Foto. Wildcard |
Świeża komedia kryminalna, która nie stygnie po seansie. Wyborna satyra na nasze pokręcone fantazje, marzenia czy niepohamowaną wyobraźnię. Zwyczajny zjazd rodzinny podczas świątecznego ucztowania przeobraża się w makabryczny diament absurdalnej, przekręconej opowieści o szybkim dorabianiu na boku, z kradzieżą w zamyśle. Rodzina Cosgrove nękana problemami finansowymi sprawia, że zamierzony plan rabowania wydaje się ratunkiem dla domowej, wychudzonej skarbonki. W tej dysfunkcyjnej rodzinie nawet rozmowa przypomina nieprzytomnego wujka na weselu, który wypił o dwa kieliszki za dużo (brudząc sobie kołnierz, i czyste spodnie). Osiemdziesiąt minut czystej, barwnej zabawy, gdzie nic nikomu nie wychodzi, zaś rodzina z przestępczą manią (w kominiarkach) wpada w sidła własnej rozpaczy, jak plan się sypie ulegając rozkładowi, ponieważ wszystko się wali podczas akcji. To miał być misterny plan, a nabawiłem się chichotu. Organizują pomysł, żeby ograbić miejscowego farmera - klasycznego samotnika bez krewnych, lecz nie przewidzieli dalszych konsekwencji, ani nie sprawdzili, kim on jest...
Czarna komedia zlewa się z nieudolnym napadem, histerią śmiechu, który przybiera kształt karykatury, i jak to w irlandzkim, dobrym kinie, humor jest cięty, dosadny i błyskawiczny. Odkrywamy, że ta rodzina jest zaburzona, która pomyliła fikcję z rzeczywistością o sensacyjnych wiadomościach w gazecie. Wychodzą na amatorów, a sytuacja wymyka się spod kontroli. Zdradzanie części fabuły byłoby przesadne, ponieważ cały koncept kina rabunkowego zostaje wyśmiany, permanentnie spacyfikowany na pierwszym etapie rozwoju, co sprawia, że prychałem ze śmiechu. Reżyser czuje bluesa, jest drapieżny, jak sokół. Śmiałem się z niepoważnych decyzji dyletantów, z urojeń pokręconej rodziny rozczarowanej finansową porażką, gdzie mamy kuriozalne postępy podczas akcji wypadowej. Jest to zarówno groteskowe, co podlane mieszanką wstydu i ironii bez wstecznego w wozie. Plan ruszył w życie, a salwa śmiechu nie opuściła widzów do końca programu. Gdyby tylko wiedzieli, kim jest Charlie Bann, czyli miejscowy farmer - mogliby od razu spasować...
Irlandia, Wielka Brytania, 2026, 83'
reż. Dallan Shovlin, sce. Dallan Shovlin, zdj. Ryan Kernaghan, muz. Rory Friers, Michael Keeney, prod. Wildcard, Orb Films, wyst.: Peter Claffey, Ruth Codd, Michael Colgan, Stephen Rea
Roqia
Prawdopodobnie pierwszy algierski horror w historii kina (choć mogę się mylić, pamiętajcie). Chwilowo niejasny, chwilowo zamglony, i nieprzystępny, jak arabska kultura zamknięta w księdze Allaha. Przez większą część spoglądam na człowieka z bandażem na twarzy (nie widać jego oczu, jedynie usta uchylone), który przeżywa nieprzyjemną amnezję po niefortunnym wypadku samochodowym. Nie wiele pamięta, więc musi odświeżyć sobie pamięć w domowym zaciszu. Słyszy głosy w obcym dialekcie, i stopniowo odkrywa, że jego przeszłość była ciemniejsza, oraz mroczniejsza, niż zakładał na początku. Produkcja przepełniona cytatami z islamskich, świętych pism dla wiernego ludu. Ostrzegając przed ukrytym diabłem i czarcimi czarami (które są zakazane w islamie), gdzie fundamentalna religia poucza, aby nie bratać się z nieprzyjacielem.
Chwilami potrafi budować napięcie, jak w starych, zakurzonych tytułach, z poprzedniego wieku. Makabryczne cienie na ścianach, spływająca krew przypominająca o rzekomej zbrodni? (wiele rzeczy jest niewyjaśniona, pozostaje sfera domysłów), lecz jego wypłowiałość oraz powolna konstrukcja budowania suspensu staje się obciążająca, i ledwie dorysowana do fabuły. Postacie są napisane fragmentarycznie, i bez polotu, nie wiem, kim oni są, jakie mają cechy charakteru. Nie ma wystarczających sygnałów, czy mam to traktować jako wyraz muzułmańskiej izolacji od świata zewnętrznego. Człowiek w bandażach bez oczu przypomina zaślepienie religijne, ale czy to o to chodzi? To ma być metafora? (stękam), zostawmy to. W pierwszej historii opisuje klasycznego kaznodzieję z Koranu cierpiącego na Alzheimera, więc, podobnie, jak gość w bandażach - traci pamięć, czy kontakt z rzeczywistością (ponownie pytam, czy to metafora na islamską izolację?). A potem dostajemy dziwnego, zamkniętego w sobie pacjenta z białą szmatą na twarzy, który boi się odkryć, kim był przed wypadkiem.
Bohaterowie regularnie cytują wersety z Koranu oraz sunny (prawa od Boga, i te sprawy). Opętani krzątają się po ekranie oraz mówią w niezrozumiałym języku, jakby sam szatan opętał biednych mieszkańców miasta. Bez znajomości historii Algierii, czy kultury arabskiej - totalnie niezrozumiały, dla wąskiej publiczności. Gdyż reżysera nie interesuje horror jako gatunek, nie podrzuca tropów gatunkowych, lecz postrzega religię jako kanon złych mocy pośród niewiernych Tomaszy. Jakby drwiąc z heretyków przeciwko Allahowi. Przyznam szczerze - nie do końca rozumiem zamysł, bo jest zbyt hermetyczny, przesiąknięty obcą kulturą bez żadnej podpowiedzi. To nie jest dobre kino, ale doceniam za drobne niuanse, czy mały promyk umiejętności budowania grozy w starym stylu. Szanuję, lecz nie podziwiam.
Algieria, Katar, Francja, Arabia Saudyjska, 2025, 89'
reż. Yanis Koussim, sce. Yanis Koussim, zdj. Jean-Marie Delorme, prod. Supernova Films, wyst.: Ali Namous, Akram Djeghim, Lydia Hanni, Adila Bendimerad
Morro
Póki co - mój ukochany film podczas pobytu w Brazylii. Czarodziejska podróż na meksykańskim ranczu, gdzie obok farmy panoszą się kartele narkotykowe, które nie ustępują w walce o klienta oraz wewnętrzne wpływy. Głównym bohaterem jest wzruszający Mateo (wyborny, stonowany Gustavo Sanchez Parra) - weterynarz mieszkający w małym, przytulnym domku, gdzie na podwórku kury dziobią nasiona, a zające radośnie kicają. Od śmierci syna zrezygnował z kontaktu ze światem zewnętrznym. Wiedzie pustelniczy żywot, adoptując nowe zwierzęta do zagrody. Pewnej nocy jakaś grupa podejrzanych handlarzy od białego proszku, przyprowadzają rannego zwierzęcia, tytułowego psa Morro. Powiadają, że jego właścicielem jest przedstawiciel kartelu, baron w swej majętnej okazałości, który toczy wojnę z inną grupą handlarzy nielegalnych substancji uzależniających. Mateo nie dyskutuje, bo nie musi - jako cudowny, wrażliwy mężczyzna w starszym wieku przyjmuje go w skromne progi, wyciągając kulę od twardej broni (zakładam, że nielegalnej), która zraniła ciało czarnego psa.
Mateo tłumaczy, że pies jest wyczerpany, więc zostaje w domu weterynarza, dopóki się nie wykuruje oraz nie wyliże. Od tej pory domyślamy się, że otrzymamy pakiet nowej znajomości. Samotny mężczyzna przygarnia to zwierzę, z odpowiednią czułością, podobnie jak króliki hasające po skrawku ziemi. Wiadomym jest, że dokoła grasują potencjalni mordercy i szefowie przemysłu chemicznego, ale bez szaleństwa Waltera White'a z ,,Breaking Bad''. To zaskakujące epitafium na dolegliwości sercowe, z oszczędną dynamiką i bez większych, rozpraszających słów. Niedługo sytuacja się skomplikuje, jak wybuchnie otwarty konflikt pomiędzy rywalizującymi kartelami w pobliżu. Mateo znajduje się w środku zaognionego konfliktu domowego, będąc w epicentrum zdarzeń. Uczestniczy w tej koszmarnej rozróbie, pogrążony w martwej, ściszonej rozpaczy z psem Morro przy boku podczas spaceru. Strapiony mężczyzna, jakby cierpiał na niezdiagnozowaną depresję albo dwubiegunowość, z zadumą spogląda w lustro w łazience, a on literalnie umiera, lecz nadzieja powraca, kiedy wie, że jest potrzebny zwierzętom. Chcąc ochronić niewinne istoty przed destrukcyjną siłą przywódców z prochami na tykających beczkach.
Ta jego skupiona, wydrążona cisza z odległymi sygnałami, że gdzieś czai się zgraja rzezimieszków - dodaje autentyczności wydarzeń. To pole minowe, które zacznie wybuchać po odliczeniu, kiedy konflikt stanie się osobisty. To opowieść przeprowadzona bez zbędnych dialogów, skupiona na wyciszonym obrazie, bo po co słowa, kiedy spoglądasz w ludzkie oraz psie oczy, jak Morro podchodzi do leżącego mężczyzny, bez wiary w dalszą działalność. Ludzki dramat w cieniu meksykańskiego piekła.
Meksyk, 2026, 93'
reż. Rodrigo Garcia Saiz, sce. Rodrigo Garcia Saiz, Carlos Armella, zdj. Alfonso Herrera Salcedo, muz. Ramiro del Real, prod. Central Films, The 42 Film, Calouma Films, wyst.: Gustavo Sanchez Parra, Anna Diaz, Ernesto Melendez



0 Komentarz(e):
Prześlij komentarz