czwartek, 30 lipca 2026

Pakiet filmowy - Spider-Man powrócił, lecz dziewczyny gyaru wzbudziły większy apetyt

Kadr z filmu ,,Jej piekło''.
Foto. Neon

 Witam po drobnej przerwie, wracam, żeby o sobie nie zapomnieć prezentując elastyczny pakiet filmowy, w którym znajdziecie cztery różne produkcje, o różnej intensywności oraz odczuciach. Czy będzie krótko? Nie ma mowy - przygotowałem dłuższy tekst, żeby wystarczająco opowiedzieć o tym, co przeżywałem na ekranie. Nie będę się rozmieniał, wrzucam więcej filmów w jedno opakowanie. Pozdrawiam. 

Flying Colors

Lekcja wychowawcza dla japońskiej społeczności, która zatonęła w edukacji publicznej, gdzie stopnie na świadectwach stały się przepustką do awansu. Lekko przekomiczna opowieść o ,,nieudanej'' uczennicy, gdyż zaniedbuje naukę, bo woli krój schludnych mini-spódniczek, włosy pomalowane na blond i własną prezentację w formie stroju szytego na miarę. Poznajcie Sayakę - niesforną dziewczynę, która zmienia szkoły, jak skarpetki z garderoby. Jak dotąd, nie potrafiła nawiązywać przyjaźni, a jej ojciec staje się nieobecny, ponieważ interesuje go optyka starszego syna grającego w baseball, stąd prosta droga do izolacji w rodzinie. Seans przedstawia młodą dziewczynę, która nie potrafi przystosować się do szkolnego regulaminu, więc zostaje przydzielona do szkoły przygotowawczej, gdzie urzęduje uroczy nauczyciel gotowy pomóc w zaniedbanych obowiązkach przez uczennicę. Na początek opracowuje specjalny test, aby sprawdzić, ile potrafi, gdzie potrzebuje wskazówek, na czym należy się skupić, żeby poprawiła wyniki. Oparty na powieści Nobutaki Tsuboty ,,Flying Colors'', to ciekawska dydaktyka, jak z ,,nieuka'' przejść do prymusa, aby zdać do prestiżowej uczelni. Początek nie zapowiada, że dostaniemy dramat, lecz w drugiej połowie zmienia kurs i staje się przykrym obliczem, że problemy rodzinne mogą rzutować na psychikę nieukształtowanego dziecka. 

Sayake, z przebojowej dziewczyny, dla której wygląd jest podstawą - wchodzi na wyższy szczebel drabinki społecznej, kumpluje się z podobnymi dziewczętami w modzie gyaru, które błyszczą piękną urodą oraz ciuchami, a potem następuje szybka poprawa w nauczaniu, aż do przesady. Bo potrafi zabrać ze sobą zeszyt do pokoju z karaoke (!). Staje się pilna w nauce, bo nauczyciel metodycznie podszedł do ucznia, co wydaje się lekko cukierkowe, biorąc pod uwagę jej predyspozycje do wiedzy. Jednak, rozumiem koncept strategiczny scenariusza - egzaminy wstępne są nieubłagalne, kiedy chcesz studiować na wyższej uczelni, natomiast dramat wynika z napiętej sytuacji w rodzinie. Gdzie rodzice, nieuczciwie, przerzucają swoje marzenia na wychowanków, jakby to oni mieli decydować o naszym losie. Z racji, że sam byłem dualistycznym uczniem, który, wstyd się przyznać, jechał na ,,dwójach'' i ,,trójach'' z matematyki czy fizyki, za to przynosił dobre oceny z geografii czy historii, bo mnie to interesowało, w przeciwieństwie do żmudnej, obscenicznej matematyki z pierwiastkami na czele - szybko doszedłem do wniosku, że edukacja szkolna, to pic na wodę fotomontaż. I film dobrze podkreśla to niesmaczne podejście do szkoły - masz być dobry we wszystkim, jakby to miało przełożenie na rzeczywistość. Ta nieustanna presja na uczniach, że mają być ,,doskonali'' w swoim fachu wyklucza ich naturalność. Dlatego bunt młodych dziewcząt strojących się na wzór subkultury gyaru dobrze odwzorowuje przełamany schemat, jak złamać własną naturę w imię jakiegoś celu. 

Foto. Asahi Shimbun

Cały ciężar poszukiwań zostaje przełożony na perspektywę Kuboty, osoby o tak niezmiennie optymistycznym akcencie, że masz ochotę skoczyć z dachu z radości. Który głosi, że dzięki ciężkiej pracy czy poświęceniu otrzymasz to, czego pragniesz, czego nie do końca jestem entuzjastą. Czasem ciężka praca nie wystarczy, kiedy nie masz smykałki do obranych przedmiotów, jak ja, w kontekście fizyki, z której byłem gapa, i z której nic nie rozumiałem po dodatkowych lekcjach. Mój zbuntowany umysł odmówił posłuszeństwa i skupiłem się tylko na tym, co lubiłem. Człowiek wychowany na pismach Emila Ciorana, poezji Norwida i Alberta Camus miałby przejmować się tym, co mówią inni - dajcie spokój! Wybaczcie tę prywatę. Wracając do tematu, bo odjechałem na pobocze - dlatego pierwsza część historii podobała mi się bardziej, kiedy dziewczyny odrzuciły ,,modny'' list do edukacji, bo gdzieś w połowie zaczyna być zanadto moralizatorski - skręcający w narzucone oczekiwania wobec uczniów, gdzie uczennica przesadnie gloryfikuje japoński styl życia w szkole oparty na suchych premiach w postaci ocen, obrzydliwych liczb, żeby dostać papierek do ,,lepszego jutra''. Stając się kolejnym dramatem szkolnego niewolnictwa, gdzie nie masz prawa do rezygnacji z systemu, który nagradza za dobre oceny. Ujemnym skutkiem tego jest dość naiwna wizja, że szkoły poprawcze są lepsze od państwowych, bo przedstawia instytucje publiczne jako niegodne zaufania, które nie poświęcają tyle uwagi uczniom, ile powinny. 

Reasumując - komedia zostaje zarżnięta przez dramat pokręconych rodziców skupionych na sobie i przyszłych sukcesach, odrzucając zalotny ton spontanicznych dziewcząt, które stają się popularne przez pryzmat własnej indywidualności. Później tonie w dydaktycznej formie, jak szkoła staje się przystankiem do lepszego jutra. Przyjemny seans zamienił się w zamknięty, ściśnięty dramat bez oddechu od szkolnej ławy. 

Japonia, 2015, 117'

reż. Nobuhiro Doi, sce. Hiroshi Hashimoto, zdj. Yasushi Hanamura, muz. Eishi Segawa, prod. Dentsu, CBC, Asahi Shimbun, wyst.: Kasumi Arimura, Nanami Abe, Morio Agata, Kokoro Okuda, Ken Yasuda 



Jej piekło 

Neonowa, prześwietlona tektura według Refna - jednego z najbardziej ekscentrycznych filmowców naszych czasów, ale bez uwagi oraz wrażliwości Davida Cronenberg. Chłodny, analityczny umysł Refna przestrzelił w wyszukanej ferii barw, kostiumów z musicalu oraz zbiorowej manii w prześladowaniu. Dystopijna metropolia zamknięta w klatce urojonych wizji i przelotnego snu oczami kobiet uwięzionych w magicznym pudełeczku. Teatralna schadzka po fantasmagorii ludzkiego sumienia na dnie piekła. Twórca przedstawia trzy historie oczami kobiet w ciasnych przebraniach. Trzy aktorki kręcą kino science fiction, gdzie na planie ujawnia się tajemnicza mordercza persona przebrana w strój włoskiego giallo, czyli w płaszczu, gdzie kamera ukrywa twarz zbrodniarza. Neonowy, mglisty, sterylny świat odkrywa zboczenia tego świata, jak prześladowanie, dominacja nad płcią przeciwną czy lesbijskie zapędy. Dziwaczność oraz ponurość tego osobliwego krajobrazu ma stanowić o jego sile, zamiast tego widz czuje się coraz bardziej wyprany z energii i witalności. Estetyczne zdjęcia są substancją pierwszej klasy, lecz historia grzęźnie w teatralnej agonii. Wykadrowane ruchy niczym na scenie wymuskanych aktorów - uciskane przez zdezelowany, zaplanowany scenariusz, gdzie bohaterowie bełkoczą swoje trywialne przemówienia, Refn seksualizuje swoje dziewczyny na planie, a faktura pomieszczeń osacza je w pięknej, lecz martwej architekturze. 

Duński filmowiec popłynął w niezbadane rejony świadomości, żeby zaprezentować duszną metropolię, jak w starym kinie Sci-Fi, w brytyjskim ,,Zdrada stanu'' z 1929 r. Mieszając dialog z perwersją kiczowatego kina Briana De Palmy, który uwielbiał kryminalne pulpy. To kino podzieliło publiczność na start - w Cannes został po cichu ,,wybuczany'', a widzowie odchodzili od ekranu zanim nastąpiły napisy końcowe. Trudno się dziwić, bo Refn jest bezwzględny - niczego nie wyjaśnia, a treść zastępuje blaskami różowych, dębowych odcieni. Senna tapeta z barwnym pióropuszem ma zastąpić elegijną opowieść o dziewczynach zamkniętych na planie filmowym w stalowo-szklanym pejzażu miejskim, żeby po seansie wyjść z oburzeniem, że to pusta dychotomia otoczenia z fetyszyzowanym mordercą na drugim planie. Autor próbuje wszystkiego, żeby zatrzymać twoją uwagę - pieści spojówki delikatną pościelą, kusi strojami modnych dziewcząt, gdzie pojawia się szemrany producent filmowy, za szklanym oknem pojawia się zbrodniarz. Dziewczyny strzelają do siebie z laserowego pistoletu, jakby, faktycznie, były na planie filmowym w jakiejś podrzędnej fantastyce z lat 50. Nie potrafię zachwycać się kinem, gdzie atmosfera jest ważniejsza od historii. Scenariusz jest błędny, dialogi nieznośne, a aktorzy kaleczą swój zawód. 

Ta miniaturowa błyskotka, to jakiś przejaw samouwielbienia autora, który wpycha różne koncepcje do jednego worka, żeby przypodobać się znawcom kinematografii, którzy będą rzucać tytułami, jak opętani. Jego elegancja staje się fałszywa, kiedy porzuca dziewczyny na planie i snuje teorie o amerykańskim żołnierzu jako aniele zemsty o dwóch pięściach, gdzie nadprzyrodzony, zamaskowany mściciel z epoki giallo morduje kobietę na naszych oczach. Jego krucha, ściśnięta koncepcja staje się nieznośna, bo przedstawia instalację artystyczną bez żywej tkanki, zarzynając spójną historię przez pryzmat sennej poświaty, w której dominują aseptyczne obrazki bez oddechu. Ta duszna, zimna, prefabrykowana instalacja sceniczna sprawia, że oglądam zmechanizowany pokaz bez ludzkiej ręki. Refn przestał interesować się człowiekiem - woli sztuczną, narzuconą rzeczywistość bez błysku w oku.


Dania, Wielka Brytania, USA, 2026, 110'

reż. Nicolas Winding Refn, sce. Esti Giordani, Nicolas Winding Refn, zdj. Magnus Nordenhof Jonck, muz. Pino Donaggio, prod. Neon, byNWR, wyst.: Sophie Thatcher, Charles Melton, Havana Rose Liu, Diego Calva



Hokum

Prawdopodobnie najlepszy horror tego roku. W rozbitej psychice zmęczonego pisarza, który nie potrafi uciec od własnej choroby alkoholowej. Pierwsza, otwierająca scena ukazuje proces twórczy, segment przedstawiający dwie postaci jako nośnik skrywanego bólu przez autora tekstu, który swoje zachowanie ukrywa pod płaszczem wykreowanej marionetki w powieści. Jego wściekłość, niechęć i lęk zostaje rozpisany na wstępie, żeby przejść do kontrofensywy. Cięcie. Przechodzimy do irlandzkiego hotelu, gdzie samotny pisarz przy lampie delektuje się trunkiem, a zza rogu mruga tajemnicza istota. Przeczuwa ją instynktownie, a demony zaczynają się personifikować w jego zaburzonej głowie. Z początku miałem przeświadczenie, oho, kolejna opowieść o duchach w opuszczonym ,,zamku''. Jednak pierwszy strach zostaje ucięty. Ohma Bauman (znakomity Adam Scott) wciela się w antypatycznego maniaka whisky, który przesadnie wierzy we własną wyobraźnię, przez co popada w samouwielbienie. Żeby zrozumieć jego skostniałą psychikę wystarczy przytoczyć cytat z jego kart powieści ,,Jesteśmy skazani na zagładę''. To człowiek świadomy, który popada w coraz większe dno od studni. Nadprzyrodzone moce w hotelu to zaledwie przedsmak czy dodatek do panicznego bohatera rozliczającego się z własną winą. 

Foto. Tailored Films

Żeby za dużo nie zdradzać - dodam tylko, że ponownie wraca do hotelu, w którym urzęduje, wcześniej przeżywał miesiąc miodowy z żoną, lecz niebawem, w tym nawiedzonym miejscu przez wiedźmę, barmanka zniknie, a historia zacznie przywdziewać kostium złowrogiej wróżby z dzwonków i ukrytych tajemnic w piwnicy (czemu piwnica, to takie straszne miejsce w horrorach, w mojej nic mi nie grozi!). Damian McCarthy już wcześniej ujawnił niezłomny talent do pokracznych krypt z korytarzami do podświadomych lęków, jak opisywany niegdyś ,,Oddity'' z 2024 r. Tutaj kontynuuje swoją podróż po zakamarkach strudzonego wędrowca zamkniętego w czterech ścianach, który ignoruje duchy jako objaw własnej bojaźliwości przed ludzką twarzą, natrętnej izolacji społecznej oraz kpiącego charakteru, ponieważ Ohma odpycha każdego - wyśmiewa boya hotelowego, ponieważ uważa się za pisarza. Poszukiwanie zagubionej jest raczej oczywiste, bo w horrorach dominuje opuszczony pokój osaczony klątwą, gdzie starożytne siły nie zamierzają spocząć, lecz nękać protagonistów programu. To kino buduje atmosferę prostymi środkami - przez zapalone lampy, długie, siarczyste korytarze, legendy o wiedźmach, kończąc na przeklętych apartamentach z burzliwą przeszłością. Standard, więc McCarthy korzysta ze sprawdzonych reguł gatunku, za to oferuje duszne, pokręcone światy, gdzie więźniem jest nasza głowa zamknięta na usta drugoplanowych postaci, które nie mogą przebić się przez szybę pancerną zarozumiałego pisarza. 

Są tu elementy całkowicie sprzeczne z zasadą grozy - McCarthy uwielbia dodawać elementy komediowe, żeby spuścić ciśnienie z ekranu, jak cherubinowa figurka o przekręconym poczuciu humoru, łykając wizję apartamentu nowożeńców jako skaza na ludzkiej czystości, gdzie rechocząca wiedźma naśmiewa się z naszej kulturowej wiary w czary. Strach nie kryje się w rzeczach zwanych, lecz w prozaicznej rzeczywistości, gdzie porzucamy mitologię, przyznanie się do straty oraz ludzką przyzwoitość. Stracony bohater wędruje po piaskach pustyni, w pejzażu z wydm, jak jego wykreowana kukiełka w powieści, żeby wydostać się z wewnętrznego utrapienia - porzucając martwe pola, dla przestrzeni i dialogu z podmiotem. Sarkastyczny pisarz gra pierwsze skrzypce, ale hotel staje się motorem napędowym jego zgubnej natury. Damian McCarthy wyrósł na mojego ulubionego twórcę horrorów ostatniej dekady, gdyż wyśmiewa nadprzyrodzony strach, bo zagrożenie nie postrzega w pustych ścianach, lecz w kolejach historii, gdzie bohaterowie dostrzegają demony niezaspokojonej ambicji. Mroczny folklor to zaledwie dodatek do otoczonego światłem hotelu, co ostrzega przed zakamarkami oraz cieniami słabości bohatera, który rozpisuje sceny w zeszycie, bo utożsamia się z protagonistami z kart powieści. 

Irlandia, Zjednoczone Emiraty Arabskie, 2026, 107'

reż. Damian McCarthy, sce. Damian McCarthy, zdj. Colm Hogan, muz. Joseph Bishara, prod. Tailored Films, Abu Dhabi FZ, wyst.: Austin Amelio, Adam Scott, Mallory Adams, David Wilmot, Michael Patric 



Spider-Man: Całkiem nowy dzień 

Postmodernistyczna zabawka Marvela, która ujawnia, że Spider-Man musi cierpieć, bo jego losy to pasmo porażek, niespełnionej miłości z Mary Jane (z którą w komiksach wiecznie się rozchodzi i łączy w parę). Przeklęta, gumowa hemofilia przepełniona drugoplanowymi oraz trzecioplanowymi postaciami, gdzie Peter Parker staje się osobowością wypartą przez figurki Marvela. Miała być odświeżona formuła oraz przyziemna przypowieść o smutnym nastolatku, który przeżywa wymazanie z pamięci ze świadomości zbiorowej, gdyż porzucił kostium pajęczaka, żeby odnaleźć się na nowo. Tylko co z tego, jak Marvel nie chce być odważny, i nie lubi świadomych widzów, więc serwuje odgrzewany kotlet z efekciarską akcją bez polotu, knując, jak przetopić poważną, dorosłą historię w cyniczny odpust. Nowy Jork jako miasto przebierańców, komicznych przestępców, którzy nie potrafią uciec przed policją. Produkt masowej kultury, gdyż zamierzają sprzedawać zabawki z ulubionymi bohaterami z dzieciństwa, a nie reinterpretować zdarzenia Petera Parkera z komiksów. Szarża pozbawiona delikatności. Crossover oraz multiplikacja nadwyrężonego studia, ponieważ dorzucają do jednego filmu Punishera, Jean Grey z uniwersum X-Men, dodaj krótki urywek ze Scorpionem, oraz pojedynczych żartów czy podtekstów dla nerdów, którzy siedzą w kulturze powieści obrazkowych od późnych lat 60., jak powstała pierwsza kreskówka o Spider-Manie w roli głównej. 

 Jeden wielki bałagan niegodny tej zasłużonej ikony dla amerykańskiej kultury nadludzi w rajtuzach. Przytępiona pamiątka z czasów, jak ciężko być strażnikiem społeczności, kiedy ukrywasz swoją twarz pod kawałkiem elastycznego kombinezonu. Twórcy chcą odgrywać teatr złamanej tożsamości Petera, żeby naprędce ujawnić swój plan, iż to tylko nikczemna rozrywka, żeby zapomnieć o biedzie za oknem. Pozbawiona jakości wata cukrowa, co rozpływa się w ustach, i po której dalej jesteś głodny. Biometryczna skocznia po uwielbianych ikonach z fabryki Marvela: od zakapiora z czaszką na koszulce, niepoważnego Hulka wrzuconego na siłę, po mutantów, którzy zawsze gościli w kreskówkach ze Spidermanem (przypomnij sobie serial z lat 90., jak Blade polował na wampiry, a on zamierza go powstrzymać). Spotkanie z Punisherem w filmie jest przyjemne i taktowne, lecz pozostaje tylko cichym dodatkiem do serii, pluskwą bez radaru, gdzie scenarzyści zapominają, że kino powinno trzymać się ram scenorysu, a miast tego folgują sobie, kogo jeszcze umieścić na ekranie, żebym zapomniał, że to opowieść o zranionym Peterze. Jego przesadna wybuchowość wszystko psuje: wyrachowanie psychologiczne, ton narracji, zwiewność obserwowania nocnego nieba. To kompromitujący biznesplan bogatych dupków w zarządzie Marvela, którzy nie znają umiaru, udając, że chcą trafić do starszej widowni. Nie, wy nie chcecie starszej widowni, chcecie rozbrykanych dzieciaków na sali, którzy chcą szybkiej akcji z shakiem i colą. 

Dwie godziny naprężonej sprężyny, która pęka pod ciężarem chciwych biznesmenów z zachodu, którzy od lat nie potrafią stworzyć wiarygodnej opowieści o pajęczej sieci, tymczasem kreskówki wyprzedziły swoją epokę, a ,,The Spectacular Spider-Man'' z 2008 r., to najlepsze, co spotkało Petera Parkera, który został zinterpretowany jako nieszczęśliwy człowiek, stargany emocjonalnie mężczyzna, który przez pryzmat zakładanej maski nie może ułożyć sobie życia sercowego. Przy okazji wymieniając Mary Jane na Liz Allan (bez blond włosów z komiksowej rubryki dla młodzieży). Siłą Spider-Mana nigdy nie była durna naparzanka, traktowanie antagonistów jako zbędny balast dla żartów ucznia pod pajęczą maską - Scorpion w filmie pojawia się na ułamek sekundy, jakby twórcy celowo zakpili z jego wizerunku, a przecież kreskówki z lat 90. potrafiły utrzymać jego dramat w ryzach, w roli niebezpiecznego eksperymentu genetycznego, jak Mac Gargan z człowieka stał się drapieżną jaszczurką (dodam także, że gra wideo ,,Spider-Man'' z 2000 r. pokazała, jak mocnym jest przeciwnikiem). Późna dekadencja Marvela obnaża jego szczerość oraz przywiązanie do marki. Dzisiejsza dekadencja sięga zenitu. Spider-man jest metką na koszulkach i dziecięcą zabawką bez własnej osobowości. 

USA, 2026, 145'

reż. Destin Daniel Cretton, sce. Chris McKenna, Erik Sommers, zdj. Brett Pawlak, muz. Michael Giacchino, prod. Columbia Pictures, wyst.: Tom Holland, Mark Ruffalo, Jon Bernthal, Sadie Sink, Naomi Watts, Marisa Tomei



0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz