piątek, 17 lipca 2026

Trzy na jednego #45

 

Kadr z filmu ,,Odyseja''.
Foto. Universal Pictures

Trzy na jednego, to seria, gdzie będę krótko omawiał najnowsze produkcje, które lecą w kinie, albo co gorsza - nie pojawiły się w polskiej dystrybucji. Na czym polega zabawa? - ano na tym, że zaczynam od historii, która podoba mi się najmniej, a trzeciego kandydata mianuję jako zwycięzcę zestawienia. Zakładam, że będą to mini-recenzje, czyli skrótowe podejście do opowiadania obrazów. Lapidarna forma, która ma zachęcić lub zniechęcić do oglądania.

Odyseja

Przepełniony stylistycznym klamotem, w ciasnych, słabo oświetlonych kadrach brakuje temu eposowi czegoś więcej, niż szkolnej poprawności. Otwierająca scena przedstawia żołnierzy ciągnących konia trojańskiego - ciężkiego, przepełnionego winą historii, która nie wybacza strudzonym podróżnikom. Kino, jak koń trojański - jest obolały w swojej metaforze Odyseusza zmagającego się z utratą domu, do którego zmierza. Nadmuchane, przeciążone, wstydliwe dialogi odzierają poezję z poezji. Rozumiem, że Christopher Nolan nie jest poetą, ale skoro postanowił zabrać się za literaturę Homera - mógł odrobinę popracować nad piórem i wyruszyć szlakiem kolosa upadającego pod naciskiem własnego ciężaru. Zamiast tego oferuje duszny, przebrzmiały antykwariat wspomnień z literatury. To męczące dzieło z patetycznymi dialogami, wywołujące wojnę kulturową w mediach, ponieważ marketing jest irytujący do granic możliwości. Heleny nie ma dłużej, niż trzy minuty na ekranie, a reklamowali ją jako ozdobę opowieści.

 Odyseusz jest postacią napisaną bez zgrabnej nuty, zamiast herosa obarczonego poczuciem straty widzisz Matta Demona w roli Matta Demona. Średnio przekonujący casting, rwane tempo i brzydota świata sprawia, że ,,Odyseja'' jest bezbarwna i mniej liryczna niż oryginał. Nawet mityczne stworzenia, jak Cyklop są stworzone z szarej masy, przytłumione przez ograniczone światło wywołując efekt odwrotny od zamierzonego. Zamiast grozy, sztuczna operetka przemierzająca Hades w poszukiwaniu upiorów ze snów i zagrożonego, niespokojnego sumienia bez przerażenia w oczach. Stałe epitety, które charakteryzowały Homera przepadły, a porównania homeryckie zostały ucięte przez pryzmat współczesnych idiomów. 

Nie czuć, że uczestniczę w starożytnym poemacie, lecz w wylęgarni dzisiejszej kultury, która żąda prostych środków, prostych słów, i mętnej interpretacji w oczach młodzieży, która nie widzi w ,,Odysei'' kontynuacji eposu o Gilgameszu. To ledwie cień dawnej potęgi, ze znajomymi scenami z książki, jak Odyseusz zostaje przypięty do marszu, żeby nie zostać ,,oczarowanym'' przez przybrzeżne syreny, gdzie spotyka czarownicę Kirke, zmierzając do Itaki w pocie czoła, jak wierny pies Argos towarzyszy w wyprawie. Jego epizodyczność staje się kulą u nogi, niczym winieta czekająca aż zapłacisz za dalszy przejazd do krainy przyszłego świata, który nie nastąpi. 

Nie dziwię się, że starsi ludzie nie chcą chodzić do kina - niezależne projekty nie mogą przebić się do świadomości zbiorowej, widowiska hollywoodzkie są wygładzone, przepełnione sytym patosem, obsmarowane brzydką, kanciastą mazią ze smaru. Dawna literatura zostaje przepisana na dzisiejszy język, gdzie w reklamach udają, że wystąpi Achilles. Sceny bitew bez krwi i siarczystej zbroi powoduje, że nie oglądasz mrocznej wojny, lecz teatr dzisiejszych, poprawno-politycznych czasów, które zastąpiły realizm na rzecz wydumanej ideologii. Świat, który nie żąda od nas poświęcenia - nie jest warty naszej uwagi, a cała konkluzja Nolana, że wojna odczłowiecza, została potwierdzona w stu czterdziestu innych filmach wojennych, i to w lepszej optyce światła, jak genialna ,,Cienka czerwona linia'' czy w historycznej mozaice, zapomniany przez widownię ,,Iwan Groźny: Spisek bojarów'' z 1946 r. 

USA, Wielka Brytania, 2026, 152'

reż. Christopher Nolan, sce. Christopher Nolan, zdj. Hoyte van Hoytema, muz. Ludwig Goransson, prod. Universal Pictures Syncopy, wyst.: Matt Damon, Travis Scott, Tom Holland, Jamie Harris, John Ales



Tokyo Takushii

Konwencjonalny, choć przyjemny kawałek kina drogi połączonego z melodramatem starszej kobiety, która opowiada o swoich przejściach. W stylu ,,Wożąc panią Daisy'' z 1988 r.  japoński weteran zabiera nas na przejażdżkę po cieniach i blaskach wyboistej egzystencji. Tylko zamiast aromatu z ciasta dyniowego - koi zmysły makaronem, jak w filmie ,,Tampopo'' z 1985 r. Historia ta przedstawia zmęczonego taksówkarza w zaludnionym Tokio, który ma poważne problemy finansowe przez córkę, która pragnie studiować muzykę w drogiej akademii muzykologicznej. Wiążąc koniec z końcem - postanawia zająć się posadą wożenia 85-letniej Sumire (wyborna rola Chieko Baisho) do odległego domu opieki, gdzie zamierza spędzić ostatnie dni swojego kruchego życia. 

Foto. Artemis Productions

Starsza pani w roli pasażera z bocznego lusterka wydaje się zdystansowana i mało towarzyska, lecz podczas podróży obudzi się sentyment do dawnych lat i miejsc, do których zmierzają - zaczynając dialog z namaszczeniem, przeżywając odległości trasy oczami młodszego mężczyzny, który słucha o tragicznej śmierci ojca czy melancholii za kawiarnią, co oferowała błogi spokój, w której dorastała. Kobieta dzieli się wyznaniami bez żadnej winy - w szczególności rzuca się w słuch gorąca relacja z koreańskim chłopcem z młodzieńczych, szczenięcych lat, co w dawnej Japonii wydawałoby się podwójnie szokujące. Jak taksówka zamienia się w konfesjonał - oboje łapią rytm, a historia pozwala sobie na cięty humor i tragedię w oczach drugiej osoby. 

To nie tylko wyprawa przez dzisiejsze Tokio, ale skok w przeszłość, relacja historyczna oddana po II wojnie światowej, jak kraj kwitnącej wiśni został odbudowany po licznych perturbacjach, jak zmieniała się mentalność Azjatów. Yoji Yamada jest znany z wielu wybornych klasyków, gdyż realizował różne koncepcje artystyczne: od bladych samurajów, po filmy rodzinne oraz melodramatyczne na przełomie lat 60./70. Od pięciu dekad nie przestaje kręcić, i chyba dobrze, bo wciąż pragnie zostać gawędziarzem kina w postaci starszej pani z ekranu, która zgłębia ulotny charakter dawnej epoki z nowoczesnością. Gadatliwa staruszka przypomina gadatliwego Yoji, który nie jedno przeżył i nie jedno usłyszał. Opisując szczegółowo plan wydarzeń starszej Sumire, która pozwala otworzyć się na młodego kierowcę, który żyje w ponowoczesnym, wyizolowanym Tokio. Już jako weteran branży rozumie, że nie warto skrywać emocje, lecz należy dzielić je z innymi, a my, jako pasażerowie wyprawy możemy nabrać dystansu do międzypokoleniowego rozłamu, gdzie młodsi ukrywają się za kamienną twarzą, w ciszy kontemplując swój lęk. Jest także ujmująca scena, jak starsza kobieta widzi swoją młodszą wersję tuż za skrętem głowy, która ściska dłoń w imię zgodności, że wspomnienia pozostają nieodłączną częścią naszego charakteru.  

Japonia, 2025, 103'

reż. Yoji Yamada, sce. Yoji Yamada, Yuzo Asahara, zdj. Masashi Chikamori, prod. Pathe, TF1 Films Production, Artemis Productions, wyst.: Chieko Baisho, Takuya Kimura, Misuzu Kanno, Takashi Sasano



Risa y la cabina del viento (Risa i wiatrowy telefon)

Juan Cabral nakręcił fantasmagorię na temat budki telefonicznej, z której kontaktujesz się ze zmarłymi. W 2011 roku, trzęsienie ziemi oraz tsunami w Tohoku, spowodowały katastrofę zbiorową w Japonii, w której zginęło ponad 15 000 osób. Reżyser przyznał w wywiadach, że inspirował się historią człowieka, co wybudował oraz zrealizował po śmierci kuzyna drobną budkę telefoniczną w ogrodzie, żeby podtrzymać kontakt ze zmarłym członkiem rodziny, tuż po tym, jak jego ciało zostało zainfekowane przez raka. Skoro w Japonii wierzą w życie po śmierci, więc dlaczego nie nakreślić dobrego dramatu w tej konwencji? Na pierwszym planie młoda dziewczyna (Elena Romero) mieszkająca z matką w mniej turystycznej części miasta Ushuaia. Pożar w okolicy sprawił, że zginęło sto osób, lecz, z jakiegoś powodu, przy stanie używalności utrzymała się tajemnicza budka z telefonem, gdzie zmierzają znajomi oraz przyjaciele, którzy przyjęli to za znak od ,,Boga'' - w kolejce ustawia się rząd ludzi, którzy pragną zadzwonić i porozmawiać ze zmarłymi w akcie symbolicznym, z tymi, którzy odeszli przez wywołaną katastrofę ekologiczną. 

Foto. Labhouse

Mała dziewczynka Risa, jak to dziecko - zaczyna interesować się ,,plemiennym rytuałem''. Jej matka pracuje na pełen etat, więc zostaje pod ochroną sąsiada Estebana, okolicznego alkoholika i mężczyznę z wyraźną depresją, żeby dopilnował młodej w domu. Jednak radzi sobie doskonale bez niczyjej opieki. Z chomikiem na ,,smyczy'' turla się w pobliżu domu, gdzie budka telefoniczna pozwala kontaktować się poza barierę Ziemi. Wydaje się obce i hermetyczne? Nic z tych rzeczy! Risa przeżywa coś na kształt dorastania, podchodzi do budki, żeby skontaktować się ze zmarłym ojcem, i co dziwniejsze - otrzymuje sygnał z krainy umarłych. Do rozmowy nie dochodzi. Przy słuchawce kontaktują się ci, którzy pragną, żeby spełniła ostatnie życzenie, zmarli proszą drobną brunetkę o ostatnią prośbę, aby ,,zamknęła'' niedokończone sprawy, przekazała ważną wiadomość, albo uczyniła coś w ich imieniu. Argentyński filmowiec wypłynął na poważnie cienki grunt, który mógł utonąć w pretensji i w metafizycznej pułapce wiary w wyższe byty. Jednak - robi coś ludzkiego. Mała Risa z chomikiem Kuro wykonuje polecenia, żeby ukoić ból zmarłych, ratując Estebana z jego nawykowego alkoholizmu, nie uciekając od codziennej udręki ludzi, którzy potrzebują pomocy. To wzruszająca eksploracja naszych skomplikowanych relacji z bliskimi - młoda dziewczyna musi przeżywać na nowo przeszłość rodziny, chcąc uciec od smutku, ratując sąsiada od konfliktu wewnętrznego. Budka telefoniczna staje się punktem zapalnym dla społeczności, która wierzy, że kontakt ze zmarłą rodziną rozwiąże ich przykre osamotnienie. 

Esteban, z początku wydaje się nieudacznikiem, który przegrał życie, lecz pojawienie się dziewczynki sprawia, że nawiązuje głębszą więź bez sentymentów, co spowoduje, iż otworzy się na drugiego człowieka oraz opowie o własnej, bolesnej przeszłości. Chcąc wydostać się z własnego piekła, jest niczym dusza po drugiej stronie telefonu - zmarłym za życia, który potrzebuje opoki. Staje się, jak ci klienci w zamkniętej budce - kolejną duchową aporią czekającą na ratunek z zewnątrz. Realizm przeistacza się w dziecięcą baśń z elementami fantastycznymi. Dziecko ratuje zagubione dusze, a jej naturalne zachowania pozwalają uwierzyć, że budka telefoniczna jest ,,łącznikiem'' pomiędzy tym, co żywe, a niespełnione. Risa uczestniczy w opuszczonym świecie, pełnego tragedii, marząc o głosie ojca, którego zabrakło. Film nie popada w przesadne przygnębienie, i potrafi przywołać komedię z otchłani, gdzie z głośników leci utwór ,,Putita'' czy ,,Mareo'' od zespołu Babasónicos. Jego poetyczne zacięcie, wizualne dopieszczenie kadru sprawia, że jest przeciwieństwem ,,Odysei'' - zamiast martwej, zimnej stylistyki, barwa interpretacja, jak wyimaginowanymi sposobami uleczyć się z ran w świecie, który nie szuka ratunku od szarości. To jedna z największych niespodzianek sezonu, i osobisty kandydat do najlepszych filmów widzianych w 2026 r.

Argentyna, 2025, 97'

reż. Juan Cabral, sce. Juan Cabral, Pablo Minces, zdj. Leandro Filloy, muz. Babasónicos, prod. Labhouse, Industria del Milagro, wyst.: Diego Peretti, Elena Romero, Gustavo Garzon, Fabian Casas



0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz