środa, 16 września 2026

Trzy na jednego #46

 

Kadr z filmu ,,Struś Pędziwiatr i zemsta Kojota''
foto. Ketchup Entertainment

Trzy na jednego, to seria, gdzie będę krótko omawiał najnowsze produkcje, które lecą w kinie, albo co gorsza - nie pojawiły się w polskiej dystrybucji. Na czym polega zabawa? - ano na tym, że zaczynam od historii, która podoba mi się najmniej, a trzeciego kandydata mianuję jako zwycięzcę zestawienia. Zakładam, że będą to mini-recenzje, czyli skrótowe podejście do opowiadania obrazów. Lapidarna forma, która ma zachęcić lub zniechęcić do oglądania.

Struś Pędziwiatr i zemsta Kojota 

Korporacja Warner Bros. zamierza nabijać się z własnej maskotki, która zatrudnia prawnika, żeby walczyć z machiną franczyzową, gdzie sprytny Struś Pędziwiatr odwiecznie drwi z Wilusia (jego domniemanego oprawcy). Jest pewna sprzeczność, aby w kreskówkach animek działał na niekorzyść firmy, z której pochodzi. Gdzie wielki moloch przedsiębiorczy próbuje nabijać się z ery poszkodowanych, fikcyjnych postaci, gdzie era rządzących korporacji ma prawa do marki i wykreowanych postaci na ekranie. Jest w tym pewna pobłażliwość, żeby nakręcić kreskówkę w tonie, jakby fikcyjne animki miały własne życie (z kredytem i hipoteką pod dom) poza ekranem. Ta rzekoma satyra na firmę Acme, która pojawiła się w ,,Zwariowanych melodiach'' jeszcze w latach 30., którą Kojot pozywa o naruszone bezpieczeństwo oraz wadliwość produktu ma stanowić o sile dzisiejszej sprawiedliwości, przez co - porzuca umowną treść na rzecz prawniczych absurdów. Łącząc aktorów z kreskówkowymi potworami z Warner Bros., gdzie Daffy (gaduła-kaczor) roznosi informacje, jak nadęty informator z telewizji. 

Willy E. Kojot znany jest z tego, że zamawia wybuchowe przedmioty od firmy Acme, i za każdym razem (w starych kreskówkach) przegrywa pościg za oponentem. Odnosząc poważne obrażenia ciała, zostając spopielonym na popiół, albo przygnieciony przez kamień. W XXI wieku autorzy nie proponują beztroskiej zabawy, lecz posyłają Kojota do kancelarii prawnej, żeby zgarnął pieniądze za odszkodowanie. Ach, ta odwieczna mamona, która kusi studia, żeby żebrać na starych markach i starych kreskówkach. Kojot staje się postacią wpisaną w kapitalistyczny zamach na urzędy i firmy. Porzuca swoją kreskówkową formę, żeby zająć się trywialną biurokracją. 

Szczerze, to nie lubię, kiedy postacie z komiksów czy animacji wiodą prywatne życie poza ekranem, ponieważ na tym polega urok fikcyjnych postaci, żeby nie musiały przeżywać poważne problemy poważnych, dorosłych ludzi. Dlaczego autorzy notorycznie boją się być poza rzeczywistością zdarzeń? Pomijając chciwość Warner Bros., której oberwało się od aktorów, jak Mark Ruffalo czy Jane Fonda, a ostatnio Christopher Nolan zerwał z tą firmą wszelkie kontrakty https://filmozercy.com/wpis/christopher-nolan-nie-wybaczyl-warnerowi-rezyser-ponizyl-wlodarzy-studia nic dziwnego, że rozpoczęła się kolejna wojna w mediach, a krytycy filmowi z lubością orzekają, że powstanie tego filmu, to wszelki sprzeciw wobec korporacyjnym tyranom. Czy my na pewno jeszcze tworzymy kreskówki, czy robimy banalną ekspertyzę, jak wielkie studia upadają? Rozumiem powszechny sprzeciw, ponieważ sam nie lubię tych cwaniaków ze Stanów, ale na miłość boską - chcę obejrzeć kreatywną animację, a nie sprawozdanie biurowe! Cała ta wojna, czy walka ze studiami zaczyna przypominać pole minowe, a kto cierpi najbardziej? Sam widz, który musi oglądać infantylne filmy z kreskówkowymi postaciami, które zajmują się ludzkimi sprawami. Kogo to obchodzi? Kiedy animatorzy zajmują się prawdziwym światem - świat kreskówki umiera. Nieodwracalnie. Ten cudaczny pamflet na kapitalizm, na zadymione miasta ze spółkami akcyjnymi powinny już dawno przejść do lamusa. Jeśli chcecie oglądać moralizatorskie produkcje - to lepiej wybrać ,,12 gniewnych ludzi'' albo ,,Ptaki bez gniazd''. Ani to szczególnie komiczne, ani odkrywcze.

W polskich kinach od 20 listopada 2026 r. 

USA, 2026, 103'

reż. Dave Green, sce. Samy Burch, zdj. Brandon Trost, muz. Steven Price, prod. Keylight Pictures, Troll Court Entertainment, wyst.: Will Forte, Lana Condor, John Cena, Martha Kelly, Eric Bauza (głos)



Ścieżki życia 

Rzekomo oparty na faktach, lecz przekłamany. Próżna, naiwna wizja postrzegania bezdomności, choć Marianne Elliott nie romantyzuje bezdomności, jak bezczelna Chloe Zhao w ,,Nomadland'' (2020) - wciąż jest melodramatem dla grubiańskiej elity, która uważa, że w braku czegokolwiek odnajdziesz spełnienie. Ta naiwność i brak ludzkiego, spostrzegawczego oka sprawia, że kino same się deprymuje do rozmiarów taniego, niewzruszonego dramatu w wędrówce na południe. Jego leniwy ton dobrze oddaje pustkę tych, którzy myślą, że przygody jedynie kształcą, a nie prowadzą na manowce. Akcja rozgrywa się w Anglii na szlaku South West Coast, gdzie wędrowna rodzina Winnów przechodzi po obrzeżach kanału La Manche zmagając się z brakiem domu w średnim wieku, a do tego dodaj ,,wygodny'' wątek diagnozy zwyrodnienia kory podstawnej, gdzie komórki nerwowe obumierają, a mózg się kurczy, żeby zostawić widza z natarczywą boleścią pod wyświetlenia. 

Ta wymuszona, kontemplacyjna wędrówka nie różni się niczym od gwałtownych pokazów, gdzie cierpienie jest ważniejsze od treści. Niektórzy chcą podrabiać ,,Podróże Sullivana'' (1941), ale im nie wychodzi. Dmuchając gorącym powietrzem w twarz widzów, którzy nadal czują się komfortowo w towarzystwie wypalonych melodramatów bez krzesiwa. Sprawdź ,,Córkę Ryana'' z 1970 r. i zobacz, że kiedyś melodramaty były kręcone z epickim zawzięciem. Tymczasem owa produkcja prozaicznie obnaża kłopotliwą sytuację państwa Winnów. Uciekając się do podłych retrospekcji, inwalidacji dialogów na rzecz pustego echa, gdzie scenariusz tłucze młotkiem po głowie, dlaczego skończyli bez gotówki w portfelu tłukąc się po dalekich ścieżkach, jak zwyczajni nomadzi. Domu nie mają, ale smartfony w rękach obowiązkowe, bo historia przedstawia konflikt z ubezpieczycielami. Jego moralizatorstwo wychodzi na wierzch, jak próbuje gromadzić drobne uprzejmości, żeby znieść ciężar udręki. Winnowie szukają ratunku w drobnych przetargach - czytając na głos fragmenty ,,Beowulf'' (poematu historycznego), aby zdobyć drobne na ulicy, a potem jakoś podzielić się herbatą, żeby nie marnować niewielki dochód na zbytki.  

Jednak wiarygodność truchleje, jak spojrzysz na postacie z dalekiego tła. Winnowie spotykają ludzi na drodze, ale łatwiej nazwać anonimowe twarze kukiełkami bez charakteru. Interakcje bezdomnego małżeństwa są za krótkie, miarowo zdawkowe, na tyle, że film niczego nie zyskuje, wręcz traci na atrakcyjności. Nie wiemy, jaki jest cel, żeby bezdomni ruszali w daleką podróż bez środków do życia (brak wyjaśnienia sprawia, że cała podróż przestaje mieć znaczenie). Seria artykułów w Observer ujawnia, że film manipuluje faktami. Para straciła dom, ponieważ jeden z członków przywłaszczył sobie pieniądze od pracodawcy (Odsyłam do artykułu na ten temat, Drugie spojrzenie na sprawę), co sprawia, że stawia małżeństwo w niekorzystnym świetle, kiedy dokopiesz się do wartościowych informacji, bo film nie tylko fałszuje rzeczywistość, ale staje się melodramatem wtórnym, który nie potrafi opowiadać o prawdziwej twarzy podróży przez Kornwalie. 

Wielka Brytania, 2024, 115'

reż. Marianne Elliott, sce. Rebecca Lenkiewicz, zdj. Helene Louvart, muz. Chris Roe, prod. BBC Film, Lipsync Productions, wyst.: Denis Lill, Jason Isaacs, Olivia Edwards, Paul Morel



Never After Dark

Horror relacji i przewidywania zmarłych. Opowiada o świeżej historii Airi (Moeka Hoshi), wędrownego medium z niepoukładaną fryzurą, która lepiej dogaduje się ze zjawą i marą, niż z otoczeniem czy ludźmi. Pozostaje sama w nocy w nawiedzonym domu, gdzie rozwiązuje problemy duchów. Upajając się towarzystwem niematerialnej powłoki w zamkniętej przestrzeni. Japońska wieś z duchem, brzmi jak riff gry wideo ,,Project Zero'', gdzie przemieszczałeś się pomiędzy pomieszczeniami robiąc zdjęcia zjawom. Mediatorka zjawia się w opuszczonej dzielnicy traktując paranormalne zjawisko jako pracę do wykonania, gdzie koszmary mieszają w teraźniejszości. Duch, któremu pomaga przejść na drugą stronę lustra nie przypomina niczego, czego dokonała do tej pory. Misja okazuje się o wiele niebezpieczniejsza, biorąc pod uwagę, że dom otacza ciszę, która zostaje zdławiona przez głosy i przeszłość niespokojnego ducha objawiającego się na pokaz. 

Foto. Signal181

Dość kameralny wycinek pewnej panny, która odprawia rytuały i kontaktuje się z dziwnymi bytami poza ludzkim spojrzeniem. Przemierza duszne, przestrzenne korytarze, w nadziei, że rozgryzie tajemnice skryte w nawiedzonym domu, co onegdaj robił za hotel, a teraz jest martwą parcelą bez żywego ducha. Airi jest specyficzna, jak sama procedura, żeby wywoływać i płoszyć stłumione głosy duchów zza światów. Dave Boyle z pewną manierą przerzuca ciężar grozy na odległe omamy. Przeciągając linę z natrętną ciszą, wyciszonymi kadrami bez drgania. Bawi się gatunkiem bez większej dramaturgii. Co krok zmieniając narrację oraz narzucając zwroty akcji, aby śledztwo ducha korelowało z przeszłością zmarłych. Seria niepokojących telefonów i mglistych wizji powoduje, że trzeba zainterweniować i dowiedzieć się, dlaczego duchy nie opuszczają ziemskiej atmosfery. Airi jako medium wyróżnia się w kinematografii tym, że za dnia potrafi wypić piwo, nie obawiając się zmroku, kiedy zmarłe istoty mają większą moc przyciągania nieszczęść. Jako samotniczka woli samotnie wypełniać zadania, krzątając się z woskową świecą po pokojach, słuchając rockowych brzmień z głośnika i nabierając dystansu do widma materializującego się na ekranie. Jako doświadczona spirytualistka nie daje poznać, że jest żółtodziobem, która wątpi w swoje zdolności. Bardziej niż duchów - obawia się pogmatwanej przeszłości, która nie pozwala im spocząć. 

Jako horror unika tanich sztuczek z wodewila. Dźwięk przygaszony, światła zapalone, a długie korytarze pozwalają uwierzyć, że coś może wyskoczyć. Wszechobecne lustra przypominają, kto jest zjawą, a kto żywą osobą w pomieszczeniu, co dodaje uroku produkcji, jak w historiach o wampirach, które nie mają sylwetki w lustrze, a przebywają w pomieszczeniu. Burząc wygodne uczucia ludzi, którzy boją się ciemności. Airi jako aspołeczna dziewczyna lepiej czuje się w obecności ducha, niż własnej rasy ludzkiej. Dlatego łatwiej uwierzyć, że to duchy powinny obawiać się medium, a nie odwrotnie. Dave Boyle poprzestawiał akcenty, kiedy filmy grozy mają zwyczaj straszyć widzów na siłę - przedstawia bohaterkę, która ma wywoływać większy strach w duchach, niż ludziach zza ekranu. To świeże spojrzenie nie spodoba się amatorom gatunku, którzy oczekują bombastycznych wrażeń. Nigdy nie napina struny, jedynie zmienia ton narracji, a w lustrach lśnią pojedynce istoty, które pozwalają zrozumieć, że duch jest tylko duchem, więc nie może wpływać, bezpośrednio, na ludzkie otoczenie. Airi kontaktuje się ze zjawami, widzi znaki zewsząd oraz pozwala uwierzyć publiczności, że ma do czynienia z profesjonalistką, gdyż większe zagrożenie zauważa w społeczności, niż w świecie zmarłego królestwa. Apodyktyczna właścicielka domu jest bardziej zaborcza, niż marna zjawa za kotarami. Wydaje się błahe, że powinniśmy bardziej obawiać się materialnych ludzi, niż zmory po pokojach, które nie mają fizycznej przewagi, a jednak - ,,Never After Dark'' przypomina, dlaczego dusze zza światów wydają się łagodniejsze od zdziczałych współlokatorów. 

Japonia, 2026, 105'

reż. Dave Boyle, sce. Dave Boyle, zdj. Patrick Ouziel, muz. Jonathan Snipes, prod. Signal181, United Lounge Tokyo, wyst.: Moeka Hoshi, Kurumi Inagaki, Kento Kaku, Tae Kamura



0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz