poniedziałek, 5 października 2026

Szybka opinia o dwóch filmach

 

Kadr z filmu ,,Witajcie w Hope''.
Foto. Forged Films

Nadrabiam zaległości kinowe, o filmach, o których dużo słyszałem, i na które czekałem, ,,czaiłem'' się od dawna. Jeden z nich jest godny polecenia, a drugi - rozczarował, do tego stopnia, że zaczynam się martwić jakością kina koreańskiego, bo, w ostatnich latach, częściej pogrążają się w niebyt. Lecę z tematem, bo czeka mnie jutro nowy wpis, i muszę segregować produkcje - nie przeciążając organizmu, bo pisanie potrafi wykończyć, kiedy za długo ślęczysz nad tekstem. 

Witajcie w Hope

Długo oczekiwany film koreańskiego reżysera Na Hong-jiin, dużo sobie obiecałem po seansie, a dostałem średniej jakości tworzywo z dziurami pod zawieszeniem. Nawałnica akcji, która chciałaby uchodzić za klasyk, a ma mniej lekkości niż dawny ,,Mad Max'' z lat 80. czy skręcony pod napięciem ,,Skok na kasyno'' (1963) ze zmarłym Alainem Delon. Niby szalony, jak kapelusznik z ,,Alicji z krainy czarów'', a jednak pozostawia po sobie mało estetyczne wrażenia, zasłaniając się morderczą ucztą, z czarnym humorem, flakami i krwią na ścianach. Chciałby pozować na udany kryminał policyjny z lat 70., a zaczynam żałować, że zmarnowałem ponad dwie godziny na głupkowaty film akcji ze slapstickową przemocą. Wszystkiego za dużo - nie wiem, jaki to jest gatunek filmowy. Połączyli krwawe kino, komedię, kosmitów, i kumpelską przygodę, nie zwracając uwagi, że przesolili przyprawy. Autentycznie nabawiłem się bólu głowy po tej niezdarnej przygodzie, gdzie pościgi i strzelaniny stały się motywacją samą w sobie. Kiedy robisz kino, gdzie liczy się tylko efekt przemocy, to znaczy, że coś poszło nie tak. Słyszałem już różne opinie od kumpli, że to będzie nowy klasyk kina, inni tłumaczyli, że to zabawa w gronie kumpli, bo samemu nie docenisz kunsztu. Co takiego? Ani jedno, ani drugie. To nieprzerwana, kinetyczna akcja bez żadnych hamulców, z krzykliwymi eksplozjami, pościgami samochodowymi bez napięcia z ,,Kierowcy'' (jednego z moich ulubionych filmów sensacyjnych z lat 70.).

Każda rzecz w tym filmie, to gorsza kopia dawnych hitów. Nie oczekuj od niego dobrego pisarstwa, wyrazistych, macho bohaterów, kaskaderki bez linki, lecz typowego kina akcji osadzonego w wiejskiej Korei, gdzie panowie walczą z kosmitami (jakby, kiedy filmy sensacyjne wrzucają obcych do filmografii?!), to nie pasuje! Każdy jest uzbrojony, jakby epidemia grypy zdziesiątkowała społeczność, marni to bohaterowie kina akcji, kiedy widzisz niezdarnych żołnierzy, którzy kłócą się ze sobą i nie rzucają bon-motów przed kamerami, jak Arnold Schwarzenegger w wybitnie postmodernistycznej zabawie ,,Bohater ostatniej akcji'' (swoją drogą, niedoceniona produkcja z 1993 r.), gdzie aktor wychodzi ze szklanego ekranu, żeby mieszać fikcję z rzeczywistością. To nie ten poziom, i nie ta zabawa! Reżysera absolutnie nic nie interesuje - nie ma żadnych niuansów, dobrych dowcipów, ciekawych, ekscentrycznych bohaterów z ekranu, jakim był Jackie Chan. To szara masa, pełna wybuchów i eksplozji z kocimi kosmitami, gdyż nie mają żadnej motywacji, dlaczego chcą podbić ziemię, nie ma tu żadnego grama ekstazy, lecz powolne zrozumienie, że autor zrobił przesadny film akcji bez haczyka scenariuszowego. 

Bardzo się zawiodłem, na jego konstrukcji fabularnej (bez żadnego kontekstu, bez sensacyjnych bohaterów, którzy panicznie krzyczą do kamery). Czy reżyser nie potrafi zapanować nad aktorami na planie, skoro nieustannie wydzierają jadaczkę do odbiornika?!. Przecież, tego nie da się słuchać, a co dopiero delektować się soczystą akcją bez kierunkowskazu. Nikogo nie polubiłem, bo bohaterowie są tępi, jak ich wybuchowe bronie. Jeśli są osoby, które zamierzają go uznać za przyszły klasyk kina, to chyba już nie będzie nadziei dla kinematografii. To ogłupiająca rozrywka w trybie gier wideo, gdzie ciągle musi być impuls i rzeźnia bez grama scenariusza. To nie jest zabawa, tylko kara, że muszę oglądać obezwładniające, apatyczne kino udające, że jest ekstatyczne. Nie polecam nikomu. Ta ciągła stymulacja, na pewnym etapie, staje się powtarzalna i odpychająca. 

W polskich kinach od 30 października 2026 r. 

Korea Południowa, 2026, 160'

reż. Na Hong-jiin, sce. Na Hong-jiin, zdj. Hong Kyung-pyo, muz. Michael Abels, prod. Forged Films, Westworld, Plus M Entertainment, wyst.: Hwang Jung-min, Alicia Vikander, Lee Sang-hee, Hoyeon, Cameron Britton



Yo no morire de amor (Nie umrę z miłości) 

Zaskakujący debiut pani Marty Matute, o której pierwszy raz usłyszałem, jak została okrzyknięta zwycięzcą tegorocznego festiwalu filmowego w Maladze, w Hiszpanii (organizowany od 1998 r.). Z początku nie byłem zadowolony, bo otrzymuję klasyczny portret matki chorującej na Alzheimera, i pomyślałem, że niczym nie zaskoczy, ale potem, z upływającym czasem, przyjemnie zagłębiłem się w tę kameralną, ciepłą (względnie ciepłą), przyziemną opowieść o zacieśnionych relacjach w rodzinie. W zasadzie, opisywanie go, to jedno wielkie zdradzanie historii, bo mamy zwyczajnych ludzi, w zwyczajnych, codziennych czynnościach, jak rozmowa przez telefon, rozmawianie o ludziach z Madrytu, którzy nigdy nie byli w Muzeum Prado (zaskoczę Was, też nie byłem!), i naturalnie, nie ma tutaj nic odkrywczego. W głównej roli występuje Claudia (znakomita, błyskotliwa Julia Mascort) - zwykła, hiszpańska dziewucha z sąsiedztwa, dla której przeciętne życie wywróci się na plecy, kiedy dostaje pilną wiadomość, gdy u rodzicielki diagnozuje się wczesne objawy, wspomnianego Alzheimera. I jakie było, moje!, pierwsze zaskoczenie, że jej matka, to wredna, wybredna, nadopiekuńcza kobita, z którą bym nie wytrzymał psychicznie. A wszystko to bez większej dramaturgii. Reżyserka odważniej podeszła do honorowego tematu i nie serwuje szantażu emocjonalnego, jak robi to większość współczesnych biografów. Rejestruje dom jako miejsce boleści, w którym korozja odbiła kształt na fundamentach. 

Foto. Elastica Films

Minimalizuje słowa, żeby skupić się na gestach, nie opowiada tej znajomej historii w wykrzyknikach, wręcz tonuje tempo i z rozpaczą opowiada o przykrym rozdziale rodziny, jak matka traci zdolności pojmowania świata, zapomina imiona oraz traci wyobraźnię przestrzenną, zapominając, gdzie się co znajduje. Claudia ma ledwie osiemnaście lat. Pomyśl, jakie to obciążające dla dorastającej córki, która ma własne problemy, i jeszcze otrzymuje sygnał, że musi opiekować się matką, dla której świat przestaje istnieć. Claudia podejmuje się rutynowego zadania, choć z dozą wymuszonego obowiązku, jest lekko buntownicza, jak typowa nastolatka spod trzepaka. Surowy takt, rutynowe działania, żeby pomagać w codziennych czynnościach niedomagającej mamie, to nie brzmi, jak szansa na rozwój. Claudia jako najmłodsza z rodziny musi przeżywać prawdziwy wstrząs emocjonalny - pochodzi z czteroosobowej rodziny z klasy średniej (mamy ojca na emeryturze, matkę z neurologiczną przypadłością, starszą córkę z partnerem, która się wyprowadziła, oraz wczesną dorosłą nastolatkę, która dopiero wchodzi w dorosłość). Na każdym kroku grozi im poważny rozpad - podziały w rodzinie są naturalne, więc autorka nie popada w brazylijską telenowelę, i nie przedstawia rodziny jako wynalazek idealny. To nie rodzina ze zdjęcia pamiątkowego, lecz żywy organ, gdzie każdy przeżywa swoje wewnętrzne drgania. Cechując się minimalistyczną czystością bez sentymentalnych korzeni, bez wyjaśniania wszystkiego, co dzieje się dookoła postaci (ba, nawet wątek homoseksualny, gdzie mamy dwie dziewczyny w lesbijskim związku są naturalne podczas procesu ich rozpadu). 

To odżywcze, kiedy otrzymuję dramat bez większej pompki, która dmucha i dmucha, aż balon pęka. Tutaj balon nigdy nie zostaje przesilony. Nigdy nie nadwyręża cierpliwości, bo twarz postaci wyjaśnia, jak się czuje, i jak Claudia przeżywa to psychicznie, jak stan fizyczny matki ulega degradacji - bez krzyczenia do kamery, spójrz, ile cierpienia! Nie musisz krzyczeć, kiedy ujawniasz statyczne zdjęcia, czy lekkie szarpnięcia podczas głośniejszej wymiany zdań, wystarczy pokazać nagie emocje na ludzkich twarzach, i wiesz, co ona myśli. Poniekąd - historia zbudowana jest ze wspomnień - coś się zaczyna, a potem kończy. Pełna kapryśnych, chaotycznych wątków, jak sama matka, która z wrednej osoby popada w przygnębiającą dekonstrukcję tożsamości, jak Alzheimer wymusza wsparcie od bliskich. 

Ktoś powiedziałby, że to gorzki, realistyczny film bez nadziei, ale nie do końca się zgodzę, bo niczego nie wymusza - tylko surowo obnaża atak choroby, której nie da się powstrzymać. To nie ma być bajka, gdzie dojdzie do cudownego wyleczenia, lecz portret rodziny, która musi zaakceptować postępy w chorobie. To nie jakaś banalna biografia ze słodkimi wyznaniami, żeby widz ciągle odczuwał komfort i wygodę. Rejestruje przebieg wydarzeń w uporządkowany sposób, nie psując wyciszonej narracji o dorastającej córce, która, przymusowo, zajmuje się matką, a jednocześnie pragnie czegoś więcej od życia. Gdzie poczucie winy kontrapunktuje święty obowiązek pomagania rodzinie w potrzebie. Pod tym względem jest to wyważona opowieść - nie tylko o stratach w rodzinie, ale o niemożności przewidywania zdarzeń. Znamienne są sceny, jak w kadrze nieustannie pojawia się niedokończony dom, jakby to życie było niedokończone, ograniczone przez chorobę matki. 

Hiszpania, 2026, 94'

reż. Marta Matute, sce. Marta Matute, zdj. Sara Gallego, muz. Simon Fransquet, prod. Solita Films, Elastica Films, Saga Film, Filmin, wyst.: Julia Mascort, Sonia Almarcha, Laura Weissmahr, Tomas del Estal



0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz