Oparty na prawdziwych wydarzeniach film z lat 50. ma coś ze staroświeckiej tradycji, gdzie podziały rasowe wydawały się niegroźne, lecz obawy nie znikły. Młoda angielka pracująca w Liverpoolu jako służąca marzy o byciu misjonarką w egzotycznym kraju, czyli w Chinach, gdzie zbliża się wojna z Japonią. Mamy okres przed II wojną światową, gdzie Gladys Aylward chce szerzyć religię chrześcijańską w odizolowanej społeczności, gdzieś na północy Chin wytarzanego w ubóstwie, biedzie oraz w zacofaniu społecznym. To swobodna interpretacja wydarzeń, gdy młoda kobieta marzy o wyjeździe głosząc poszanowanie dla ludzkiej godności będąc życzliwą opiekunką małych dzieci ścierając się z zamkniętym społeczeństwem na zmiany. Angielka bez wykształcenia, bez pieniędzy oraz bez większego planu (w początkowej fazie rozwoju) chce wyruszyć w podróż, która stanie się dla niej drugim domem.
Gdy Gladys przybyła do Yangcheng, pod koniec 1930 r. nie było w tym powiecie ani jednej chrześcijańskiej wspólnoty poza Jeannie Lawson. W głównej roli słynna szwedzka aktorka - Ingrid Bergman, co gra cudzoziemkę, która musi przedrzeć się przez kordon chińskiej podejrzliwości. Gdy stanie w górach, z daleka od Chelsea oraz angielskiej mieściny, będzie przezwana ,,zagranicznym diabłem'', co by się nawet zgadzało, bo biały emigrant znikąd przybywa do świata, który trudno pojąć - zwłaszcza, gdy nie zna się języka oraz odmiennych tradycji. Jak to w klasycznych filmach - rozwiązanie problemów przychodzi z łatwością, nie czuć powagi sytuacji, gdyż same Chiny zostały przedstawione dosyć szablonowo, według czyjejś fantazji. Jeśli przefiltrujemy to przez oko niewinnej kamery - możemy poczuć się jak na ważnych wakacjach, gdzie głosimy nowe nauki w imię Boga, który podpowiada, że mamy coś do załatwienia.
Film jest poniekąd międzynarodowy - zanim trafimy do wyizolowanej Azji Wschodniej spotkamy pociesznych Rosjan, jakby wyjętych z innej bajki, bo produkcja nie skupia się zbytnio na realizmie, raczej traktuje wydarzenia jako przedsmak pokrzepienia, że świat byłby barwniejszy, gdyby wszyscy podchodzili do siebie na luzie - bez spięć etnicznych. Mamy mężczyznę o imieniu Lin, który naturalnie działa dla rządu Chińskiego, który nie jest rodowitym Chińczykiem, bo ma zmieszaną krew, ale myśli oraz czuje jak zagraniczni goście. To przyszły porucznik, co zarządza bezpieczeństwem, dba o sprawy wagi państwowej, a z racji, że na pewnym etapie będziemy świadkami, jak nikczemni Japońscy komandosi powietrzni będą okupować tę część Wschodu w latach 40. ubiegłego roku ujrzymy naloty. Szkoda, że film pomija fakty, niesłusznie, gdyż Gladys powinna prowadzić sierociniec, a ze względu na działania agresyjne podjęłaby ważne kroki, by kolejno wyruszyć pieszo z sierotami, aby odnaleźć bezpieczny schron od masakry zbliżającej się wojny, która stłumiła ludzką serdeczność. Co prawda, wyrusza z malutkimi istotami na przeprawę do Sian, ale porzuca je niezgodnie z autobiograficzną notatką. To smutne, że najważniejsza część filmu zamienia się w tandetny romans oraz w zafałszowaną fikcję na potrzeby melodramatycznej pieśni. Dlatego nie traktujcie obrazu, jak wyroczni, ponieważ jest przekłamany.
Początek zapowiada familijny film, by przejść do ofensywy i pokazać spustoszenie, jak dwa narody przejdą do bratobójczej walki. Rozwija się naturalnym tempem - od słodkiej naiwności młodej kobiety, która nie wie, co ją czeka po drugiej stronie muru chińskiego, gdzie tubylcy na mułach zmierzają do gospody w poszukiwaniu ciepłej herbaty oraz odpoczynku od codziennej wędrówki. Gladys przechodzi naturalną drogę - od zwykłej pokojówki zbierającej funty na szaloną wycieczkę, z dala od rodzinnych stron, po pierwsze starcia z tradycyjną kulturą Republiki Chin, gdzie kobietom wiążę się stopy, więc łatwo przewidzieć, że zostanie inspektorem, która ma pomóc przezwyciężyć nieludzkie traktowanie młodych kobiet czy dzieci. Zgodnie z historią idzie utartymi śladami - nie zapominając o tytułowej gospodzie, która stanie się przystankiem dla każdego, kto chce wysłuchać dobrej opowieści przy kubku smacznej herbaty. Angielka o zniewalającym uśmiechu zmaga się z odmiennymi wartościami, gdzie stanie po stronie tych, którzy czują się pokrzywdzeni, jak chociażby rebelianci w więzieniu, którzy są paskudnie traktowani.
Chrześcijańska misjonarka nie zraża się pierwszymi niepowodzeniami, mężczyznami, którzy radzą opuścić Chiny ze względu na jej bezpieczeństwo. Uparcie trzyma się boskiego planu, gdzie poznaje funkcje społeczeństwa, które utknęło w tradycjonalizmie wiązania stóp, w niemoralnym zwyczaju, który miał na celu, poniekąd deformować kobiece części ciała. Cegiełka po cegiełce zatapia się w Chińskiej prowincji, gdzie niesie pomoc oraz swoją delikatną naturą otacza tych, którzy potrzebują opieki czy wsparcia. Koniec końców wiadomym jest, że przyjmie obywatelstwo Chińskie, aby kontynuować swój zbawczy charakter. To przede wszystkim intrygujący portret misjonarki, która zaopiekowała się cudzymi dziećmi, aby nie pozostały osamotnione - porzucone na pastwę obojętnego losu. Zostając ,,naznaczona'' jako Jen-Ai, czyli ta, która kocha ludzi
Film jednakże ma charakter misyjny - otaczamy się bandytami, sierotami oraz krzywdą, która musi zostać zniesiona, gdzie narracja wolno płynie, by zaprezentować nieludzki charakter dawnej Republiki Chińskiej. Głosząc przy tym kerygmat ewangeliczny, współpracując z partyzantami, którzy mają być biegłymi zwiadowcami, gdy nadejdzie ,,obiecana'' wojna z Japonią. Ingrid Bergman otrzymała ciekawą propozycję, bo o angielskiej misjonarce coraz mniej się mówi, a to inspirujący portret kobiety, która nie bała się wyjechać z Anglii, by nieść pokorne serce w samym środku górniczych wiosek. Japońscy najeźdźcy są tylko tłem dla historii, ale pokazuje, do czego prowadzi niepotrzebny konflikt. Jest nieco sentymentalny, i mało groźny w ważnych częściach partii filmowej, ale czy to ważne, kiedy oglądamy relacje z dalekiego Wschodu, by poznać odrobinę historii odważnych ludzi? Odpowiedź pozostawiam widzom. Choć jak wspominałem - nie traktujcie go jak wyroczni, bo przedstawia pewne wydarzenia z dystansu, i bez mocniejszych argumentów. Jest wygładzony - niepotrzebnie, bo psuje to reakcję widowni.
USA, 1958, 158'
Reż. Mark Robson, Sce. Isobel Lennart, zdj. Freddie Young, Muz. Malcolm Arnold, prod. Twentieth Century Fox Films, wyst.: Ingrid Bergman, Robert Donat, Michael David, Curd Jurgens




0 Komentarz(e):
Prześlij komentarz