Czy może być coś mniej upokarzającego dla folklorystycznego horroru, niż korzystanie ze starych sztuczek, które przestały działać? ,,The Windigo'' przypomina, jak wyciągnięcie starej kasety ze strychu, gdzie po cichutko cieszysz ,,michę'' (czyli chodzisz uśmiechnięty, jakby narzeczona powiedziała ci, że wyjdzie za ciebie za mąż), a gdy odpalasz ją na magnetofonie, wciąż rozweselony - okazuje się, że to rupieć, a nie klejnot w koronie. Stara Indianka, łapacze snów, tajemnicza bestia z lasów - brzmi obiecująco, ale obietnica zostaje złamana, gdy tylko spojrzysz, jak marnie zostało to odtworzone na twoich oczach.
Łapacz snów według wierzeń ma chronić dom i jego domowników od złych mocy, co robi starsza kobieta, gdy rodzeństwo przybywa do jej domu, gdyż w okolicy grasuje słynne Wendigo (później dołączą psychopatyczni handlarze narkotyków). Zły duch o ponadnaturalnych zdolnościach. Lęk przed mitologicznym stworzeniem to iluzja, bo produkcja nie potrafi bawić się jego symboliką i zastraszaniem dzieci przed snem. Ma krwawe elementy, ale jego struktura bieleje, jak kości na słońcu. Nie działa ani pod kątem narracji, ani tego, jak przedstawiono upiora z Quebecu, który ma serce z lodu, a na twarzy rozjechanego jelenia kanadyjskiego. Podobno Wendigo ma coś wspólnego z psychozą, jeśli tak, to jest to psychoza nieudana, bo film jest pokraczny, jak rogi mitologicznego wilka.
Początek niby zapowiadający coś ekstremalnego, bo mamy wizję senną, w której tytułowe windigo zabija jednego z jej przodków, stara Indianka z plemiona Lakotów, nazywa ją swoją prawnuczką Claire. Ona zaś zaniepokojona faktami postanawia porozmawiać z tutejszym szeryfem o imieniu Bradley Elkins - o potworach i wszelkich dziwach. Sprawdza jej stan zdrowia, a tymczasem z Kalifornii przyjeżdża Claire oraz jej dzieci. Indianka ma hopla na punkcie duchów, bo łapacze snów znajdują się wszędzie: przed domem, w lesie, w salonie (później ujrzymy je w samochodzie), i chodzi z tą laską, jak jakaś czarownica z nastoletnich opowieści. Bree i jej brat pałętają się po okolicznym lesie w poszukiwaniu przygód? Tylko co to za wyprawa, skoro napadają na ciebie jakieś pospolite wsioki, a gdy policjant, czyli wcześniej wspomniany szeryf, reaguje na twoje zeznania z lekceważeniem? Co to za podejście do sprawy kryminalnej, gdzie o mało ludzie nie poginęli? Jeśli tak działa służba państwowa na zagranicznych terytoriach, to nie chce mieć z nimi nic do czynienia. Bo to jakiś niesmaczny żart.
Babcia to ciekawa postać (czyli owa podstarzała Indianka), bo odprawia rytuały i wierzy w spirytualne czary oraz w złowrogie duchy, ale ma się wrażenie, że odgrywa tu klasyczną postać rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy czują się obco we własnym państwie. Prędko popada w tanie zabawy z duchami, które nie są duchami, bo ujawniają się na ekranie, a studnia, jedynie co może zwiastować, to przepaść, w którą ktoś wpadnie. Brzmi znajomo? Ano brzmi, i taki jest ,,The Windigo'', co stosuje natarczywe klisze - nie mając pomysłu na rozwinięcie tematu. Bezwzględni handlarze metamfetaminą okażą się tylko prostymi dzikusami, a nastolatek z rdzennej Ameryki będzie chciał pokrzyżować ich plany oraz uratować rodzinę od odwiecznego demona. W teorii brzmi fantastycznie, ale wierzcie mi - jest to film przepełniony sensacją, a nie thrillerem czy grozą.
Każda z postaci jest zaburzona na swój sposób: babcia wiecznie zajęta modłami, rodzeństwo naznaczone klątwą, nieogarnięty szeryf, psychopaci z lasów, no, śmietanka doborowa - nie ma co. I w całym tym bałaganie znika tytułowy Windigo, który ma najmniej do powiedzenia, co jest paradoksalne, bo powinien grać główną rolę, ale jest mityczną bestią wybrakowaną przez scenariusz. Film jest koszmarnie zrealizowany - ma proste chwyty z klasy B, gdzie oglądamy sceny z pierwszej osoby, jako coś, co ma sygnalizować, że nasz nastolatek oddał się złym mocom. Aktorzy nie pomagają, bo grają manierycznie, ale co się dziwić, jak dostajesz scenariusz z telenoweli. Totalny bałagan koncepcyjny, w którym Windigo jest potraktowane jako straszydło dla niegrzecznych dzieci, które hałasują w nocy, bo nie dostały bajki na dobranoc.
Co mogę dodać więcej - w historii kina powstało tyle horrorów, że ,,The Windigo'' ląduje na liście tytułów, do których nie chcę wracać oraz chcę wyprzeć z pamięci. Nieciekawi bohaterowie, leniwy scenariusz, brak budowania napięcia, oraz stracona koncepcja na prawdziwe strachy z lasów, gdzie łapacze snów powinny spadać z drzew przed grozą widzianego potwora z rogami. Prawdziwy koszmar, jak nie robić horrorów w XXI wieku.
USA, 2024, 85'
Reż. Gabe Torres, Sce. Brent Jordan, zdj. James Mathers, Muz. Max Lombardo, prod. Gylden Entertainment, wyst.: Marco Fuller, Fivel Stewart, Tonantzin Carmelo




0 Komentarz(e):
Prześlij komentarz