Była nowa fala francuska czy szwedzka, a co powiecie na argentyńską nową falę, która ujawniła się w latach 90. ubiegłego wieku? O której mało się mówi, gdyż poległa pod naciskiem rozkwitu chińskiej kinematografii. Czy były to nowe trendy, czy raczej tylko kolejny skok nowych państw, które chciałyby udowodnić, że potrafią kręcić kino na poważnie?
Powiem bez ogródek - nie znam się na argentyńskiej kinematografii - jestem typowym Europejczykiem, który jest zaślepiony europejskim kinem, jak francuscy krytycy filmowi. Cóż - lepiej się przyznać, niż udawać, że coś cenimy lub kochamy. Zazwyczaj lubię wtrącać jakieś znane tytuły, ale lata 90. nie kojarzę z Ameryką Południową, to jedyny kontynent, o którym mam niewielką wiedzę, w przeciwieństwie do australijskiej nowej fali wydaje mi się mało fascynująca. Poważniejszym problemem pozostaje wciąż: słaba dostępność, niskie zainteresowanie widowni, i jakaś taka nieporadność filmoznawców w dziedzinie z tamtych regionów. Bo można być fachowcem konkretnego kina, jak Adam Kruk we włoskich produkcjach, ale żeby opanować każdy kontynent, to trzeba mieć łeb, jak sklep, a i to może nie wystarczyć.Mniejsza o to, jak narodziła się argentyńska nowa fala, na bazie ,,Bagna'' wystarczy stwierdzić, czy będziemy pragnęli sięgnąć po coś innego. Scena pierwsza. Ujęcie pierwsze. Upalne lato, drinki studzą pragnienie, a basen, w którym kąpią się niemal wszyscy jest pokryty brudem i zarazą przechodzącą z pokolenia na pokolenie. Witamy w północno-zachodniej Argentynie, gdzie urzęduje rodzinka z burżuazyjnej klasy Bunuela. Parne dni dają się we znaki - dominuje nagość, jakże charakterystyczna dla kina w tropikalnych lokacjach. Dzieciaki polują na zwierzęta, dorośli upijają się i markotnieją z wypowiadanym słowem w przestrzeń. Tytułowe bagno niemal nakreśla sytuację: pierwsze kadry zwiastują zaślepieniem od słońca, gdzie pojawiają się brudne myśli, brudne uczynki oraz fatalizm familijny. Przez skwar nadchodzi burza oraz słotna atmosfera, która będzie towarzyszyć przez długi okres. Ale letni nastrój to tylko zasłona: prędko odkrywa dziki portret rodzinny, gdzie rany kłute są na porządku dziennym, dzieciakowi rośnie ząb pod podniebieniem, mąż farbuje włosy, a córka nie wstydzi się własnej nagości przed bratem.
Duszna atmosfera przerzuca się mimowolnie na widza - czujemy ten wstrętny obuch powietrza zatkany świeżością polanej krwi przez odłamek szkła, wino sączone z rozpływającym się lodem, wszechobecnym błotem po deszczowej malignie. Lucrecia Martel, która napisała scenariusz i wyreżyserowała go w ciasnych pomieszczeniach i w post-kolonialnych przesłankach rysuje szczery, zatrważający pejzaż otwartej familii na brzydotę, cielesne skupisko, gdzie telefony nie urywają się, a zatrważająco potęgują zagłuszony szept cierpienia ubitych zwierząt. Powiedzmy otwarcie, to kino przegadane, operujące samą atmosferą lepkiego, ocierającego się o banał poststrukturalizmu, z majaczeniami o walorach religijnych. Ostre przedmioty przecinają delikatne ciała, które co krok prezentują swoje wdzięki przed ekranem. Nagość intymna została obdarta z tajemnicy, a słodki, uroczy zarys rodzinny znany od autorów, jak Hirokazu Koreeda czy Frank Capra ląduje w koszu. Bezpardonowo ,,wtrąca'' się do cudzego domu, gdzie rozmowy nie gasną, rytuały związane z piciem czy myciem nie uginają się pod naciskiem ani krytyki, ani zaprzeczenia. W pozornie słonecznej sielance wydobywa się oszołomiony tętent paskudnej obyczajowości poddany zachowaniu mechanicznym.
Jedna z dziewczyn (niewinnych, jak oczyszczająca łza) zakochuje się w idiotach, na karnawale zamiast w gronie bawić się oraz bratać - dochodzi do niepotrzebnej bijatyki, a chłopcy nietaktownie, miast opiekować się zwierzętami wolą zgrywać chojraków czy myśliwych. Lepki osad osacza, brudne bagno, brudna woda i niehigieniczna moralność z podręcznika dla złamanego pokolenia, które z mlekiem matki wysysa podstępność, grozę i obojętność wobec świata. Ciche kadry wybrzmiewają, pomimo okrutnej tyranii słów, które wylewają się, jak krople deszczu podczas burzy. Lucrecia Martel, która wówczas była nikomu nie znana, a dzisiaj uchodzi za jedną z najważniejszych postaci kobiecych w historii kina - tradycyjnie formułuje nieszczęśliwy żywot rodzicielek rozczarowanych swoją osobą, i niczym w ,,Wandzie'' z 1970. r. pod kierownictwem Barbary Loden nie ma katharsis, nie ma konstruktywnego finału, ani odrobiny poprawy. Co więcej rzeknę, nie ma emocji - tutaj przypudrowała chaosem kompozycyjnym degradujący, śliski fatalizm pokoleniowy rodziny, która idzie w jednym kierunku, ku rozpieszczeniu, lenistwie intelektualnym, brnąc po kostki w utytłanej szarości życia. Ów brud zaślepia i zasklepia serca. Uczuciowe prostactwo ma pierwszeństwo, a bujna uroda przyrody nie robi wrażenia, a słońce, które ma potęgować przyjemność - prędzej wprawia w apatię i otępienie.
Miarowo to film dla wąskiej publiczności, który, co prawda cieszy się większym powodzeniem poza granicami Argentyny, ale to przygnębiające doznanie dla kinowców zakochanych w pięknych baśniach, w realiach fantasy czy w ślicznych zakończeniach dla pogody ducha. To ciężkie, twarde kino, oblepiające swoją nie przystojną twarzą - nic więc dziwnego, że Lucrecia, podobnie jak Ridley Scott czy Denis Villeneuve - przyznała, że nie znosi kina superbohaterskiego od Marvela. Ta przyziemna historia bez dramaturgii z Hollywoodzkiej rzeźni absolutnie nie pasuje do jej wizji kinematograficznej. Łatwiej zrozumieć, dzięki ,,Bagnu'', dlaczego nie kocha takich amerykańskich superprodukcji. Właśnie dlatego, że rezygnuje z podstępnie tanich wzruszeń, epickich wydarzeń, jak czynił to kiedyś Coppola, a finał to bezpardonowy morderca czy niszczyciel scenopisarskich wytwórni ze Stanów Zjednoczonych. Jej debiut to przeciwieństwo Zachodniej cywilizacji nastroszonej na proste chwyty z podręcznika.
Argentyna/Francja/Hiszpania, 2001, 103'
Reż. Lucrecia Martel, Sce. Lucrecia Martel, zdj. Hugo Colace, mon. Santiago Ricci, prod. 4k Films, Code Red, Cuatro Cabezas, wyst.: Martin Adjemian, Silvia Bayle, Graciela Borges




0 Komentarz(e):
Prześlij komentarz