sobota, 24 października 2026

50 rocznica międzynarodowego festiwalu filmowego w Sao Paulo cz.3 - We współpracy z Cultura Artistica

Przed wejściem do Sato Cinema, na Sao Joaquim. 

Trzecie podejście do dalszego programu, gdzie omawiam fantastyczne produkcje. Zaczynam skupiać się tylko na pozytywnych projektach, więc odcinek bez marudzenia ;)


O Capitao Engarrafado (w wolnym tłumaczeniu kapitan w butelce)


Najbardziej relaksujący pokaz. Eskapistyczna, brazylijska fantazja o małym chłopcu z bujną, frywolną wyobraźnią. Stado rodzin z dziećmi przybyło na seans, aby zanurzyć się w morskiej pianie. Główną pociechą jest Tui Souza Gil - młody aktor wcielający się w Caio - kreatywnego bruneta z głową w chmurach, który odkrywa kapitana mieszkającego w łódce zamkniętego w butelce. Tak, to jedna z tych wariacji o zamkniętych dżinach z baśni tysiąca i jednej nocy, którzy wyskakują po otwarciu nakrętki. Niestrudzony żeglarz zamierza dotrzeć do tafli morza, wrócić do naturalnego środowiska, opuszczając ląd w Minas Gerais (stan w Brazylii). Plastikowy kapitan, makietowy statek i czuły bohater u steru, to miła odskocznia od dramatów, wędrownych egzorcystów z ,,Roqia'' (opisywany w części pierwszej).

Zdj. prasowe 
Postura Digital Filmes


Ma charakter baśniowy, skrzyżowany z kwaśną cytryną rzeczywistości, ponieważ jego matka przeżywa na ekranie skomplikowany, wewnętrzny ból i rozterki, która próbuje się wydostać z otchłani rozpaczy, jak żeglarz zamknięty w butelce po napoju. Relacja między matką, a synem, jest sercem tej historii, gdzie wspólnie znajdują ujście w emocjonalnej podróży przez brazylijskie krajobrazy o południowej pogodzie (ciepłe, soczyste barwy na taśmie filmowej), zanurzone w morskiej estetyce i błękitnych barwach, w lekkim, korsarskim stylu. Ciężko nie zdradzać fabuły, podczas przygody dojdzie do spięcia rodzinnego, obarczonego sekretami, ale z racji, że to kameralny, ciepły film dla całej rodziny - nigdy nie osiąga podwyższonej amplitudy w niekontrolowanych kłótniach. Poruszając kwestie samotnej matki, gdzie brak ojca rzutuje na niepewność syna zagubionego w rzeczywistości uciekającego w świat fantazji, wraz z dowcipnym żeglarzem z potajemnych marzeń.

Seans, który nie zaskakuje, ma rozczarowujący finał, i pospieszny drugi akt, ale nie winię go za dziurawą strukturę narracyjną, bo to jedyna produkcja na salach, gdzie mogłem się zrelaksować i poczuć na nowo dzieckiem na morskim szlaku. Miła odmiana - naprawdę. 

Brazylia, 2026, 79'

reż. Guilherme Reis, sce. Caio Ducca, Guilherme Reis, zdj. Sarah Cambraia, muz. Rafael Nelvam, prod. Postura Digital Filmes, wyst.: Luis Carlos Vasconcelos, Tuí Souza Gil, Kelly Crifer, Magdale Alves, Robson Vieira

Pilar De Luz

Dziesiąta rano, a ja oglądam mroczne bajki dla dorosłych w Sato Cinema. Widzę opady śniegu oraz niszczejące budynki w futurystycznej przyszłości. Rok 2033. Gdzie słupy światła oświetlają drogę, gdzie cyfrowy świat pochłonął ludzką społeczność. Wiodącą postacią jest Lao Zha, to samotnik o duszy astronoma. Pracuje jako woźny dla podupadłej, bankrutującej, nic nie znaczącej firmy produkującej filmy w studiu, gdzie Chiny zamieniły się w koszmar technologicznej utopii. Pułapki wyrwanej z powieści Williama Gibson. Bogaci stale się bogacą, a margines społeczny bieduje w podrzędnych norach i kanałach. Witamy w epoce, gdzie podróże kosmiczne stały się powszechne (och, dzisiejsi multimiliarderzy ciągle o tym dyskutują). Lao Zha, to pechowiec. Nie dostaje pensji od firmy, a jego jedynym przyjacielem, jest kot w zaniedbanym domu. Niebawem zagubi się w wirtualnym, cyfrowym kodzie, ze swoim pupilem, jak przez przypadek, opuści nędzny kąt oraz marną pracę na etacie. 

Zdj. prasowe 
Fengduan Pictures

Zha trafia do animowanego świata, do neonowego miasta, gdzie kuszą obietnicą lepszego jutra (my już wiemy, że obecnie każdy chce nam sprzedać obietnicę lepszego życia, chwaląc fikcję, i przekłamując rzeczywistość). Trafiamy do pokręconego, alternatywnego wszechświata, a opowieść, długimi fragmentami, rezygnuje z dialogu, na rzecz wizualnej, graficznej abstrakcji, gdzie świat cyfrowy przybiera kształt nadziei. Zdjęcia z ręki nadają ciężar anarchistom marzących o lotach na Księżyc. Żeby podkręcić fikcję - prezentuje alternatywne miejsce jako wesołe miasteczko dla marzycieli, gdy rzeczywistość przypominała wyblakłą kartkę papieru pozbawioną zapachu. To alegoria naszego świata nasyconego wirtualną rozkoszą, i jak w grze wideo ,,OneShot'' (2016) - coraz bardziej postrzegam rzeczywistość jako coś gorszego. Nie zważając, że cyfrowy świat, to złudzenie i ucieczka. 

Ponure, zimne barwy kontrastują z bogatą estetyką kolorów w VR (czyli w wirtualnej rzeczywistości). Zha, podobnie jak bogaci magnaci, pragnie wyruszyć w kosmos, dając ujście niezrealizowanym marzeniom w technologicznej utopii, gdzie spełniają się najskrytsze sny. Jednak, literatura udowodniła, że to ślepa uliczka oraz iluzja. Cyfrowa ucieczka stanie się więzieniem. Bohater na ekranie nie dostrzega, że utknął w wyobraźni, w fikcyjnej krainie, a reżyser programu, w finale, jakby nabijał się z własnej myśli, że celowo umieścił Chiny w bańce niespełnionych pragnień. Ciekawa produkcja, która przedstawia dystopijny świat, gdzie dawna technologia kina umiera w ruinach, jak VR przejmuje kontrolę nad ludzką świadomością. 

Chiny, 2026, 90'

reż. Xu Zao, sce. Xu Zao, zdj. Hao Jiayue, muz. Chen Xiaoshu, prod. Fengduan Pictures, wyst.: Da Peng, Qing Yi

Dirt in your face

Z całej czwórki najsłabszy na liście, ale na festiwalu widziałem słabsze rzeczy. Poniekąd, jestem zmęczony drobnomieszczańskimi dzieciakami, które myślą, że jak potrafią grać na gitarze - zyskają należny aplauz. Oparty na autobiograficznej powieści Mikhela Raud punk-rockowy, estoński taniec na estradzie. Równie dziki, co nieznośnie za głośny, charczący w głośnikach. Biegający od sceny do sceny bez żadnej refleksji czy odrobiny zatrzymania od świszczących pisków. Wiodącą postacią jest Mikhel - przystojny, nastoletni szczeniak w kurtce z ćwiekami, który prowadzi zespół heavymetalowy. Wyruszając na duży festiwal muzyczny z bandą muzyczną, by rozpalać panny na widowni i wieść tryb pozornego buntownika. Ciężka muzyka, alkohol, flirt i drut kolczasty wyznaczający granicę dla radzieckiej Estonii w latach 80. ubiegłego wieku. 

Nieustannie podkręca anarchistyczny styl prowadzenia narracji - dynamiczne tempo, głośne kawałki z gitarowym brzmieniem, a dziewczyny hukliwe, jakby upijały się własną wolnością (w zasadzie, aprobując niezaspokojoną młodość). Odrobinę przesadny, kunktatorski, oraz na siłę punkowy, bo panowie skrzeczą, dziewczyna Mikhela wypowiada mizoginistyczne zdania wierząc, że jest królową balu. Na dobrą sprawę, to poprawne dzieło dla tych dzieciaków, którzy wierzą, że jak masz irokeza na głowie czy odrzutowe buty, to jesteś królem parkietu. W rzeczy samej, to rozpuszczone dzieciaki, które pod przykrywką wielkich haseł o wolności oraz anarchii dusz - chcą się zabawić, nie zważając na wypowiedziane słowa. Więcej szumu, niż muzycznej sublimacji (swoją drogą, nigdy nie byłem fanem elektronicznej, bombastycznej muzyki, wolę funk). Lisa - dziewczyna tego utalentowanego dzieciaka z orkiestry prowadzi program radiowy dla młodych adeptów, który pragną muzyki podczas nagrywanej audycji. Jego dziewczyna, to wynalazek z XXI wieku, która dumnie obnosi się ze swoją obsceniczną kobiecością, przechwalając swoją płeć bez racjonalnych argumentów. 

Przekleństwa, papierosy i alkohol, czyli udawanie, jacy jesteśmy dorośli. Być może, wyrosłem z niepoważnych buntów, ponieważ nie chodzę w ergonomicznych butach oraz nie wydzieram ust bez powodu. Jako starszy mężczyzna rozumiem ich zapał i powstanie, ale chwilami odczuwam nadęty punk pod publiczkę. Jego wzmocnione mastery, przekleństwa dla przekleństw (rzucone mimochodem), czy spontaniczna fabuła wymyka się spod kontroli. Tracąc grunt pod nogami. To miłe, nonszalanckie, w sam raz, gdy przed snem zatańczysz sambę, ale nie jest to produkcja do wielokrotnego użytku. Jest jak dyskotekowa zabawa - przyjemna na chwilę, aby się rozerwać, a potem wracasz do swoich obowiązków czy przyjemności poza sceną wyzwolonych heavymetalowców z przesadną czupryną. Ten Typ Mes miał lepsze bity, a Elvis Presley ładniej tańczył. 

Estonia, Łotwa, 2026, 90'

reż. Jaak Kilmi, sce. Martin Algus, zdj. Elen Lotman, muz. Hendrik Sal-Saller, Erko Laurimaa, prod. Taska Film, Apollo Film Productions, Film Angels Studio, Tallifornia, wyst.: Timotheus Sammul, Erik Hermaküla, Erling Eding, Carolyn Veensalu, Carmen Mikiver



Przewoźnik

Simao Cayatte, to zdecydowanie jedno z najciekawszych nazwisk we współczesnej kinematografii w południowej Portugalii. Zimne, wyobcowane dzieło, które pod skórą skrywa ciepło i troskę o ludzi niewidocznych dla oka. Przebywających z dala od głównego nurtu w mediach społecznych czy sieci telewizyjnej. Opowiada trudną historię o mężczyźnie, który po wyjściu z więzienia (na warunkowym) bierze udział w tajnej pracy w ujściu Tag (rzeki), przewożąc imigrantów dłubiących przy małżach. Brzmi mało ekscytująco? Na papierze, owszem, ale w filmie grzeje słońce, a błoto obsuwa się na nogach. Joaquim (grany przez Romeu Runa), to klasyczny przypadek mężczyzny, który nie przyzna się do wstydu czy porażki. Po wyjściu z mamra podejmuje ciężką, niewygodną pracę, aby spełnić marzenie córki - zarabiając na pianino. 

Zdj. prasowe 
Leopardo Filmes

Portugalia ukazana jako kraj wyzyskiwaczy, gdzie kwitnie handel ludźmi, robotnicy są niewidoczni dla reszty świata. Praca staje się rutyną i męką dla tych, którzy nie mają w sobie samozaparcia. Pod mostem Vasco da Gama ciężko pracujący ludzie walczą o przetrwanie w surowych warunkach, kontrastując z turystami z plaży, na przeciwko umazanych w błocie niewolników systemu, którzy dobrowolnie podjęli się katorżniczej pracy. Tytanicznego wysiłku pod pręgieżem. Mężczyzna otrzymał wolność, warunkowe zwolnienie, ale co z tego, jak musi przewozić nielegalnych pracowników i myśleć o jasnym celu. O córce i jej marzeniu, tak naiwnym marzeniu, jak pianino, że przywdziewa to kształt ludzkiej komedii na oparach. Wyzwolony, wyciszony Joaquim pomaczany w wodzie, który zawiódł jako mąż, jako ojciec, a także jako człowiek. Zmarnowane lata za kratkami, tęsknota za córką, gdzie białe pianino ma być prezentem i odkupieniem za swoje winy.

To pianino tonie wraz z bohaterem uwikłanym w warunkach pracy bez BHP. Uciemiężonego w Portugalii, brudnej od potu - z dala od turystycznej biesiady. Można go uznać za ukryty film polityczny - o zniszczonej, wydartej ze złudzeń Portugalii, jako społeczny komentarz o niemoralności pracy na czarno, albo kolejny film o straconych mężczyznach, którzy nigdy nie zapłacą wystarczającej ceny za błędy popełnione w przeszłości. Traktuj go, jak chcesz, dla mnie pozostaje drażliwym opisem opuszczonego ojca pokutującego za winę. O niejednoznacznej postawie, wyizolowanego ze społeczeństwa (kto wie, czy nie z wykluczeniem rodzinnym). Kurczowo trzyma się wiary, że zwykły fortepian wystarczy, by ocalić relację z córką. Ta dziecięca wiara podtrzymuje go na duchu. 

Jego dziwność, nonszalancja, i niewypowiedziane zdania z ust bohatera, ma w sobie jakiś niepokojący rytm czekania na cud, że świat się zmieni, że nasze błędy zostaną wybaczone. Joaquim jako były skazaniec widzi, jak wykorzystuje się imigrantów do przymusowej, słabo opłacalnej pracy, gdzie nielegalne firmy knują, żeby dorobić się na cudzej krzywdzie. Nigdy nie popada w nadętą sensację, jedynie komplikuje okoliczności i filmuje coraz bardziej zmęczonego ojca daremnym trudem. Plus dobre zdjęcia od polskiego operatora Bartosza Świniarskiego. 

Portugalia, 2026, 106'

reż. Simão Cayatte, sce. Vasco Gato, Simão Cayatte , zdj. Bartosz Świniarski, muz. Alexander Reumers, prod. Leopardo Filmes, wyst.: Romeu Runa, Miguel Borges, Jani Zhao, Madalena Aragão, Sandra Faleiro



0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz