Carla Simón powraca, katalońska autorka odnajdująca się w rodzinnych pamiątkach oraz wspomnieniach, paradoksalnie, zatraciła się w artystycznych wizjach, kosztem zgrabnej narracji. To film osobisty dla artystki, co powoduje głębokie zamieszanie, kiedy widz śledzi tę historię z punktu pilnego obserwatora, poszukując sensu, czy warto było czekać. Osobiste dzieła mają tę wadę, że autorzy zanadto wierzą, że są ważne z punktu psychologicznego. Podejmuje koszmarny wycinek z własnego życia, gdy jej rodzice zmarli, jak była dzieckiem, bo ulegli śmierci przez postępującą chorobę AIDS oraz zażywanie narkotyków, jak heroina, co później upamiętni na taśmie filmowej.
Kiedy spojrzysz na poprzednie dokonania Simón zauważysz, iż nieustannie ociera się o rodzinną sjesję oraz wewnętrzne dramaty, jak widziała świat oczami dziecka z punktu otaczających wujków oraz ciotek w ,,Lato 1993''. Jest to o tyle istotne, że nie możesz oddzielać wrażeń dorastającej dziewczynki z filmem fabularnym. Jest to głęboko wyryte w jej podświadomości. Dzieli się własnymi przeżyciami z publicznością - i nie masz szans tego zakwestionować. Choćbyś próbował, to podważyć, polegniesz, bo pisze scenariusze z konkretnej pozycji.
Byłem ciekawy, co ma do zaoferowania, bo przeważnie jestem ukontentowany, ale jest to pierwszy film w jej pracy autorskiej, do której mam zastrzeżenia. Zaczyna się niewinnie, bo śledzimy losy rezolutnej nastolatki o charakterystycznej urodzie (zjawiskowa Llucia Garcia) - z fryzurą na pazia, o zgrabnych udach, długich, smukłych dłoniach i szerokim uśmiechu. Dominuje przestrzeń oraz intymnie wchodzi w interakcję z otoczeniem. Przybywa do Vigo, stolicy dobrej muzyki, gdzie szuka akta zgonu ojca, a także spędza kilka dni w towarzystwie przybranej rodziny. Jednak, wiadomo, ze spisu autobiograficznego - że próba dojścia do prawdy, co spowodowało, że rodzice odeszli przedwcześnie - trochę powoduje uczucie wstydu, bo kto chciałby się dowiedzieć, że zażywali niedozwolone substancje narkotyzujące, dając sobie w żyłę? Gdzie Simón nie szczędzi srogiej sceny, kiedy strzykawki wbijają się w skórę, a później młodzi ludzie biegają nago w przypływie odurzenia. Jest to porażające doświadczenie, kiedy odkrywasz niewygodne fakty. I nikt nie pragnie informować, dlaczego dziecko zostało osamotnione. Nie pomaga też specyficzna fala rejestrowania dawnej epoki - z poręcznej kamery, która próbuje udawać dokument, a aktorzy przemawiają do wizjera robiąc duże zbliżenia na młodą twarz i wypowiadane słowa.
![]() |
| Foto. 3Cat |
Simón eksperymentuje z formą więcej, niż kiedykolwiek. Śledzi uliczki z chybotliwą kamerą, gdzie ukazuje kota w oknie, poetyzując wydarzenia w wyciszonej warstwie wizualnej, jak przedstawia dwie kobiety w podobnej czerwonej sukience, żeby skonfrontować dziecko z dorosłą matką. Ma to swój urok, oraz zacięcie reportażowe, jakbym uczestniczył w czymś ważnym czy przełomowym. Gubi jednak narrację w poprzecinanych scenach bez kontekstu. Przeskakuje w czasie, co powoduje konfabulację. Simón chcąc odtworzyć przeszłość, gubi się w plikach pamięci, ponownie kreśląc pokoleniowy dramat dorastającej, kruchej nastolatki o zniewalającym uśmiechu, która podsłuchuje dorosłych krzątających się w korytarzach wygasłej epoki. Simón za bardzo wierzy w swój popis artystyczny - mniej skupienia na wadze emocjonalnej, bo woli zarys historyczny oraz drobne wycinki, gdy ciało nastolatki pragnie nowych doznań. Zbyt idealizuje, a nawet romantyzuje tę niespokojną erę, gdy w Galicji rozpowszechnia się moda na rockowe brzmienia czy reggae, z dodatkiem kokainy. Autorka panicznie pragnie uchwycić najdrobniejszy szczegół nadmorskiej społeczności - mewy przelatujące nad kamienistymi wybrzeżami, dorośli na balkonie, którzy omawiają sprawy, które nie dotyczą rodziny, serwując ciało nastolatki, gdyż co krok przebiera się na ekranie, ukazując postawę w intymnych szczegółach. Przemyka po obrazach i koturnach eleganckich dziewcząt, co ma swoje uzasadnienie, bo Llucia Garcia przyciąga, jak magnes. Drobne ramiona przymierzają suknie, jej przeszywający wzrok docieka przestrzeni, ucho przysłuchuje się rozmowom, wydatne usta powodują, że chłopcy szukają zbliżenia.
W tej natarczywości gubi sedno fabularnej ścieżki. Nie zatrzymuje się na konkretnych wydarzeniach, lecz fragmentarycznie przedstawia ułamek pewnej rzeczywistości, która przeminęła. Ukazując świat snów, gorzkiej melancholii za rodzicami, którzy oddali się hipisowskim odruchom. To szczere, że Simón niczego nie ukrywa, balansując na desce surfingowej, z której łatwo wywinąć koziołka. Jednakże, to przypomina pamiętnik z wakacji. Czerpiąc z najgorszych tradycji filmów ,,zamkniętych'', czyli takich, które są tak osobiste, że aż duszne w swojej matczynej poezji. Ma nieprzyjemny posmak ,,Aftersun'' - także niezależnego hitu z 2022 r. - operując znakami, które najłatwiej zrozumie sama katalońska autorka, bo widz nie wyciąga konkretnych emocji lub znaczeń z przedstawionych postaci. Jest chłodnym sprawozdaniem pod przykrywą iluzji przeszłości. Iluzji, która zaślepia, co jest dodatkiem do scenariusza, a co konkretnym potwierdzeniem tamtej generacji. Hiszpańskie wybrzeże potrafi oddalić od głównego wątku fabularnego - bardziej podziwiałem efekt kamery oraz zainscenizowanej scenografii, niż fakt, że mamy do czynienia z osobistym wyznaniem, gdzie jej wujek Iago (Alberto Gracia) jako jedyny nie ucieka od traumatycznych wspomnień, i powierza sekret dziewczynie, która czeka na wieść, dlaczego rodzice odeszli w zapomnienie, gdy była mniejsza. Uzależnienie ojca od heroiny, które doprowadziło do tragedii, paskudnej choroby zakaźnej.
,,Romeria'', to dzieło skrajnie zawieszone w próżni, przeskakujące w kulę wspomnień. Oferując pocztówki z wakacji - piękne plaże, dziewczyny w kostiumach, mewy nad niebem, plus osobista wycieczka do odległej krainy, gdzie przecinają się dwie warstwy czasowe - stąd widzimy matkę koło córki, a przecież wiemy, że to niemożliwe, bo nie żyje. To ładny dodatek narracyjny, który niczego nie zmienia. Dalej, po seansie, nie wiem, dlaczego miałem to oglądać. W wywiadach przyznaje;
,,Filmy, które do tej pory zrobiłam, pomogły mi lepiej zrozumieć siebie i ludzi, których kocham; Właściwie dla mnie kręcenie filmu to akt miłości.''
Piękne słowa na zakończenie, ale pozostałem obojętnym na tę ludzką tragedię, a nie ma nic gorszego, kiedy kogoś podziwiasz za pracę autorską, a wciąż szukasz odpowiedzi, czy było to potrzebne. Nie poznałem lepiej ani jej ojca, ani jej matki, która zostawiła po sobie pamiętnik. To przegrany dokument tamtej epoki, przesuwający w czasie osobiste domysły oraz tragedie. To młodość zaślepiona pięknymi wakacjami w Galicji, a w tle powód, dlaczego nie warto sięgać po narkotyki.
Hiszpania, Niemcy, 2025, 114'
reż. Carla Simón, sce. Carla Simón, zdj. Helene Louvart, muz. Ernest Pipó, prod. 3Cat, Ad Vitam, Comunidad de Madrid, wyst.: Llucia Garcia, Tristan Ulloa, Hans Romagosa, Sara Casasnovas, Lia Mora




0 Komentarz(e):
Prześlij komentarz