czwartek, 31 października 2024

Konklawe - (Anty)Katolicki spektakl

 


Tytuł jest niczym innym, jak elektoratem papieskim, gdzie musimy słuchać ojców Kościoła i brnąć w niepoważny thriller złożony z kilku zapałek. Męcząca to historia, której udziela się jednostajny przebieg wydarzeń, monochromatyczny kadr i ciasnota umysłowa pośród ludzi oświeconych, którzy zaufali Bogu. Jak to bywa w chrześcijańskiej rodzinie - zawsze znajdzie się jakaś czarna owca w stadzie, i jest nim kardynał Tremblay, co dosłownie walczy, jak na wojnie, o stanowisko papieża. Polityczna biurokracja wpycha się drzwiami i oknami, gdzie wybrani muszą łaskawie czekać na podsumowujące wyniki. Wśród wyprasowanych szat, jarmułek na głowie, koloratki tkwimy, jak w więzieniu, gdzie Boga nie dostrzeżemy, bo to rada ministrów, którzy siedzą przy okrągłym stole i wiecznie podliczają głosy, a ja rozpaczliwie czekam, kiedy spektakl zakończy się głośnym hukiem.

Główną postacią w tym teatrze to kardynał Lawrence (nieoceniony Ralph Fiennes) ze smutnymi oczami, który marszczy brwi oraz ze zmartwieniem duchowym przechadza się po salach watykańskich, ponieważ zamierza opuścić Kościół jako instytucję. W tym suchym dokumencie, gdzie śledzimy losy gadających głów, nasłuchując co mają do powiedzenia wybrańcy, co ucztują przy stole, to jakaś komedia przebierańców - zapowiadany thriller ucisza się na rzecz niemrawych wyrazów twarzy, gdzie sygnety na palcach wydają się ciekawsze od martwej, wyblakłej przestrzeni. Gmach Watykanu to miejsce wysuszone, jego depilarna czystość jest wręcz odpychająca, suknie ojców nieskazitelnie czyste, jak wyprane w Perwollu. Przypomina to cosplay, a nie uczciwy pokaz choreograficzny. Blade ściany, mętne podłogi i otoczenie równie semantyczne, jak pokój przesłuchań. 

Kardynał Lawrence zostaje uwikłany w kłopotliwe spiski czy korupcję (och, nic nowego!). Zdręczona dusza, zaczynająca wątpić w chrześcijański system, w którym tkwi od pokoleń. Wątpić, to rzecz ludzka, i nie jeden chrześcijanin przeżywał kryzys wiary - niemal postuluje zasadność obrad, i tego całego zamieszania związanego z nowym stołkiem dla przyszłego papieża. Sęk w tym, że kardynałowie okazują się antypatyczni - kardynał Adeyemi (Lucian Msamati) z Afryki, który uczestniczy w tym sporze wyboru ze względu na rasę? Bo film nigdy nie wyjaśnia, dlaczego bierze udział w tym pokracznym wyścigu o kandydaturę. Kardynał Bellini to post-nowoczesny liberał, który obawia się o kardynała Tedesco, bo jego nie interesuje wiara, lecz władza w papieskim świecie. 


Film przypomina umieralnię, gdzie każda spowiedź księży zaczyna ciążyć wszystkim na sumieniu - wychodzą niewygodne fakty, a słowa bogobojnych wojowników stają się obrazą i bluźnierstwem wobec nauk Jezusa. Z racji, że wychodzi coraz więcej skandali - religia przeżywa poważną śpiączkę, na którą zapadła. Zapominając, co liczy się w znaku krzyża - stronienie od chciwości oraz zawadiackiej postawy, tymczasem kandydaci robią z tego prześmiewczy pościg, kto wygra, uczciwie lub w fałszywej masce, przez co cała historia jest jednym, wielkim zaprzeczeniem miłosierdzia oraz otwartej szczerości. Produkcja zmierza do komicznej, religijnej schizmy. Gdzie Lawrence przyznaje, że nie chce, aby na niego głosowano, bo czuje się wyczerpany tym zgniłym środowiskiem. Odkrywamy nieprzyjemne poszlaki, jak nie jedni złamali przykazania, a ich słowa, to maniactwo i przeklęta zguba. Jestem zmęczony tą wieczną nagonką na chrześcijańskie cnoty - nie ma w nich, ani nadziei, ani szczerości, ani odrobiny czułości. Tylko wyprane z uczuć błahostki duszy, tykające moralnym zdewastowaniem, miałkością zainteresowań i religijną dezaprobatą. 

Aż trudno uwierzyć, że w przeszłości najwięksi krytykanci Kościoła, jak Pier Paolo Pasolini kręcili najbardziej wartościowe produkcje w temacie biblijnym, jak niezapomniana ,,Ewangelia według świętego Mateusza'' (1964) czy zapomniany przez widownię ,,Marcelino, chleb i wino'' (1955). Skupisko ateistów (czy tam agnostyków) zrobiło więcej dla chrześcijańskiej religii, niż ich wyznawcy, co za ironia losu! Kolegium świętości zamienia się w parodię dreszczowca, a historia to naiwna opera mydlana, ze śmiesznymi zwrotami akcji, które łatwo sprowadzić do niezamierzonej pop-dramy. Naprawdę, mam wiele zastrzeżeń do tego pulpowego dramatu z czerwonymi szatami, gdzie kardynał Lawrence wzdycha na sali, ktoś trzęsie wąsem, a to siostra zakonna śmieje się pod nosem, że odmawia się modlitwy w jej intencji, bo przyszykowały pyszny obiad. Nic dziwnego, że stał się niepoprawny, skoro za kamerą stanął hochsztapler kinematografii, który nakręcił złośliwą, nędzną karykaturę powieści ,,Na zachodzie bez zmian'', która nie miała nic wspólnego z oryginałem. Robi podobne błędy - dramat wymienia na cyniczną grę, a jego udawane kryzysy wśród jednomyślnego otoczenia, to błazenada cyrkowa. Jak przejąć się świeckimi, duchowymi jednostkami, którzy zachowują się jak małe dzieci? No, właśnie, jak!

To tandetna, miałka opera, którą ratują aktorzy, chociaż muszą uczestniczyć w grze o tron w komediowej intonacji. Dumny homofobiczny kardynał Adeyemi wypada równie żałośnie, co jego następcy. Jedynie kardynał Benitez przekazuje wartości w sposób rzeczowy jako reprezentant Latynosów, cała reszta może się schować oraz grzecznie słuchać. Proces wyborczy wypada, jak zgromadzenie amatorów, którzy nie są pokornymi sługami, tylko uporczywymi, prostolinijnymi prostakami bez godności osobistej. Jest nie tyle przewidywalny, co beznadziejnie napisany - rozpisany, rozsmarowany w swojej głuszy watykańskiej, gdzie zmarły Ojciec Narodów, musi mieć następcę, choćby najbardziej niepotrzebną wersję zastępcy. Laboratoryjne dekoracje, durne przechwałki episkopatów, denna fabułka, to wszystko sprawia kiepski dowcip dla niewierzących. Zamiast oglądać niespełnione filmy, lepiej się pomodlić, albo obejrzeć coś świeższego i mniej markotnego. 


Wielka Brytania, USA, 2024, 120'

Reż. Edward Berger, Sce. Peter Straughan, Zdj. Stephane Fontaine, Muz. Volker Bertelmann, prod. Access Entertainment, FilmNation Entertainment, Indian Paintbrush, wyst.: Ralph Fiennes, Stanley Tucci, John Lithgow, Isabella Rossellini, Jacek Koman



0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz