wtorek, 19 sierpnia 2014

Niezniszczalni 3 - You're one ugly motherfucker!*



Wszystkie gwiazdy na niebie mówią, że najlepsi z najlepszych nie mogą odejść na zasłużoną emeryturę, dlatego Stallone i jego wzorowa ekipa po raz trzeci próbują dokopać antagoniście. Czy niezniszczalni są w formie? Czy wciąż potrafią grać z werwą? Nie jestem jakimś zagorzałym fanem serii, ale ja również wychowałem się na kinie kopanym i pochłaniałem na magnetowidzie hurtową dawkę z Van Dammem lub Brucem Lee, dlatego z sentymentem podchodzę do tego rodzaju produkcji. 

Nie będę oryginalny pisząc, że to całkiem udana seria, która przypomniała dawnym chłopcom o największych bohaterach z ich dzieciństwa. Nigdy nie traktowałem Niezniszczalnych, jak wielki powrót do korzeni, bo to nie są czasy twardzieli znających się na sztukach walki. Ale nie przedłużając, cieszy człowieka to, że na ekranie możemy podziwiać takie tuzy, jak Chucka Norrisa (zagrał w części drugiej), Dolpha Lundgrena, czy Bruce'a Willisa (zagrał w części drugiej). Tym razem Stallone pomieszał starą generację z nowymi osobnikami, którzy mają za cel zastąpić weteranów.




Prosta jak rzep fabuła skupia się na przeszłości, gdyż na złą drogę wstąpił założyciel ekipy i stary przyjaciel niezniszczalnych, Conrad Stonebanks. W tę rolę wcielił się Mel Gibson i nie ma się, co dziwić, że jego wybrano na przeciwnika - pogrążony w skandalach oraz rujnujących go przystępkach stał się obiektem mediów na podobę wroga publicznego. Wesley Snipes, którego ratują w pierwszej scenie z więzienia jest bezpośrednim dowodem na to, że Stallone odważył się na autotematyczne wątki (ale to nic nowego), bo aktor znany z roli Blade'a - pół człowieka, pół wampira - faktycznie odsiedział odsiadkę za przestępstwa podatkowe. Niestety pierwszy kontakt z filmem jest rozczarowujący.

Nadmiar komputera psuje relacje z widzem. Efekty specjalne są za ,,plastikowe'', tanie i zbyt wybuchowe. Filmowi brakuje kaskaderskich wyczynów, czyli to z czego słynęły klasyki z lat 80', czy 90'. Ponowoczesne zastosowanie CGI jest nie na miejscu, gdyż nie wzbudza podziwu, a jedynie wstręt, gdyby ten element lepiej wykorzystali, albo co ważne, dopracowali, nie czepiałbym się jak pies jeża. Szwankuje również chronologicznie poustawiana akcja. Od początku rzuca nas na głęboką wodę, a potem z prostego powodu postanawia zwolnić, żeby przyspieszyć w końcowej fazie rozgrywki z mięsem armatnim w tle. Środkowa część filmu jest najsłabsza i niepotrzebnie rozwleczona - jedyny plus jest taki, że wiemy, kto w czym się specjalizuje. Młoda brygada odnajduje się u boku dziadków. Zabawa polega również na tym, że starsi widzowie nie wiedzą kim są ci młodzieńcy, a do tego scenarzyści zaszaleli i dodali kobietę (mistrzynię judo, Rondę Rousey) w paśmie napakowanych emerytów. 



I co oczywiste, jedni aktorzy mają więcej czasu na pokazanie swoich umiejętności niż ich przeciwieństwo, którzy zostali dodani dla zasady: pokażmy każdego znanego podstarzałego wyjadacza z kina akcji. Najmocniej zraniono Arnolda Schwarzeneggera i Jeta Li, którzy pełnią funkcję pomocy z powietrza, bo na lądzie nie stąpają za wiele. Sporym zaskoczeniem jest Antonio Banderas, który dostał najzabawniejszy skrypt tekstu. Do tego hiszpański temperament prowadzenia postaci i mamy świetną ,,maskotkę'' drugoplanową. Co się tyczy poziomu humoru - bohaterowie najchętniej korzystają z ironii, styrane twarze odwiecznych wojowników wciąż przypominają, że Stallone jest Rambo, Arni Terminatorem, a Jason Statham sobą. Kilka razy puszczają suchara, kiedy indziej błyszczą przenikliwością. Czasem śmiech jest na siłę wymuszony. 



Film daje radę, jeśli odrzucicie myślenie. Ilość absurdów wynikających podczas starć jest oszałamiająca i tylko Szybcy i wściekli 6 mieli okazję pobić rekordową hordę scen tak nierealistycznych, że w pewnym sensie zabawnych. Niezniszczalni korzystają ze wzoru kina akcji. Powiela triki i koncepcje dobrze nam znane, jak ucieczka przed wybuchem w ostatniej chwili, czy szczęście podyktowane przez drugą osobę. I choć staruszki trzymają fason wolą sobie porozmawiać i napić się napoju wyskokowego. I ja to rozumiem, w ich wieku muszą się oszczędzać. Mamy do czynienia zarówno z hołdem, jak i pastiszem kina spod znaku broni. Bohaterowie odwołują się do przeszłości, która była dla nich wybawieniem, bo byli jeszcze młodzi oraz zdolni do nie mniejszych wyczynów niż obecna grupa ,,skautów''. Polecam tym, którzy chcą wrócić do niewymagającego kina, polecam fanom serii i wszystkim tym, co nie mają problemu obejrzeć coś bez ambicji. 


* Cytat z ust Duke'a Nukem 

0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz