niedziela, 19 stycznia 2014

Jack London ,,Martin Eden'' - Czy warto czytać klasykę?


Czy powracanie do dawnych przebojów ma jakikolwiek sens? Uważam, że warto się zainteresować tym, co niegdyś czytano. W taki sposób dowiadujemy się, czym ludzkie głowy się trudziły, w czym zaczytywali, co ich pociągało i z żarliwością pochłaniało na długie godziny. Do uznanych dzieł mam zazwyczaj ambiwalentne uczucia. Są pozycje, które nie przypadły mi do gustu, jak Pani Bovary Gustava Flauberta, choć zakończenie uważam za doskonałe, inaczej nie mogło się skończyć jej rozbuchane marzycielstwem życie. Moby Dick Hermana Melville odłożyłem na półkę zanim akcja się rozwinęła. Za to uwielbiam pisarzy pochłoniętych egzystencjalizmem (m.in. Jean - Paul Sartre). Nie rozumiem za to fenomenu Ogniem i Mieczem Sienkiewicza (w tej Trylogii piją nie mniej niż w filmach Smarzowskiego). A jednym z takich pisarzy, którzy mnie jakoś nie zawiedli jest właśnie Jack London. Omawiana powieść nadal zachowuje świeżość i nigdy się nie zdezaktualizuje. 

Martin Eden (czyt. Martin Iden), to powieść zawierająca wiele wątków autobiograficznych pisarza. Opowiada historię o młodzieńcu, który z warstwy robotniczej pnie się po szczeblach kast, poznaje życie na niższym, jak i na najwyższym poziomie. Martin Eden jest biednym marynarzem, który przez determinację i ciężką pracę zdobywa wymarzoną kobietę, sukces literacki i pewność własnej wartości.

Akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych XIX wieku. Martin wiedzie prosty żywot, dopóki nie spotyka Ruth Morse z klasy burżuazyjnej. Pragnąc się przypodobać Ruth i jej rodzinie postanawia zdobyć wykształcenie, skończyć szkołę, zostać mistrzem słowa.

To w gruncie rzeczy smutna książka. Martin przez długi czas walczy o to, by zaistnieć w rubrykach literackich. Niestety wydawnictwa są bezduszne i odprowadzają jego dzieła z odmową. Oczywiście, przyjdzie czas, gdy w końcu trafią mu się pierwsze dolary za wykonaną pracę. Podejmuje się niemal wszystkiego. Tworzy literaturę z najwyższej półki, pisze beletrystykę, paja się karykaturą i błazeńskimi wierszami. Dąży do celu, tak długo, aż osiąga to, co zamierzał.


Jack London pisze swoją powieść.
Jednak jego indywidualny sposób obycia nie podoba się mieszczanom. Są przesądni, nie popierają osób, które zajmują się tym, czego w ich mniemaniu nie powinni się zabierać. W raz z Edenem poznajemy odmienne filozofie, socjalistyczne zapędy nie mające racji istnienia przez taką jednostkę, jak tytułowy bohater. Staje się coraz bardziej samotny, gdy uświadamia sobie, że poza celami nie ma nic, na czym mogłoby mu zależeć.

Z początku polubiłem Ruth, ale z biegiem przerzucania kartek coraz mocniej mamy dość jej pozorów, tego, że nie ma własnego zdania i nie potrafi sprzeciwić się rodzicielskiej tradycji. Postać, która odrzucała mnie coraz częściej im bliżej ukończenia książki byłem. Nie rozumiem dlaczego tak powierzchownie traktowała człowieka, który chciał stać się pisarzem, bo takie było jego marzenie. Państwo Morse są dla mnie synonimem obłudy i braku jakiejkolwiek wartości ludzkiej.

Jack London napisał fantastyczną powieść, która porusza serce i rozum. Utkana jest z romantycznych ideałów, nie zapominając o zdrowym podejściu do reprezentowania przeróżnych postaw i przekazania czytelnikom, jak zachowywały się poszczególne warstwy społeczne. Nie czyta się ją łatwo - potrafi wykończyć - ale w pełnym rozrachunku polecam ją każdemu, to bardzo mądra lektura. Świetnie opowiedziana, a zakończenie zapowiada, że sukces nie zawsze idzie w zgodzie ze szczęściem. Indywidualiści nigdy nie będą mieć lekko - tego mogę być pewny. Książka, którą trzeba przeczytać (zmęczyć, bo tacy też się znajdą, co im nie przypadnie lub znuży).

0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz