sobota, 19 maja 2012

Wyścig Twojego Życia? Czy na pewno? – Recenzja Need for Speed: The Run




Zanim zebrałem się do wystartowania w nowej przygodzie studia Black Box, wiedziałem że gra starcza na nie więcej niż pięć godzin (ja ukończyłem ją w cztery, na średnim poziomie trudności). Ostatecznie wiedziałem, przed zagraniem, że gra jest oskryptowana niczym Call of Duty. Zawierająca sekwencje QTE (Quick time event), czyli element interaktywnego przerywnika filmowego, podczas którego gracz ma za zadanie nacisnąć klawisz odpowiadający pojawiającej się na ekranie ikonie. Mimo że najnowszy Need for Speed otrzymał w przeważającej części średnie oceny, miałem ochotę zaznajomić się z
osiemnastą odsłoną tej serii (wliczając te na kieszonkową konsolę).




Fabularnie

The Run zaczyna się obiecująco, pojawia się interesująca scena z QTE (takich sekwencji nie ma wiele, zaledwie trzy), zaraz po niej dowiadujemy się, że przyszło nam się wcielić w Jacka Rourke'a, zadłużonego w pewnej organizacji przestępczej (dokładniej mafii). Po ucieczce z niebezpiecznego miejsca, za pomocą wspomnianego QTE, a następnie ukradzionego auta Jack spotyka się z rudowłosą Sam Harper, która ofiarowuje mu propozycję nie do odrzucenia. Oto Jack ma zamiar wystartować w nielegalnym wyścigu, od San Francisco do Nowego Jorku, zdobyć pierwsze miejsce, zgarnąć kasę w wysokości dwadzieścia pięć milionów i spłacić dług.

200 zawodników na pasie startowym

Startujemy jako ostatni. I tu niestety pojawia się już pierwszy mankament gry, nie mamy większego wpływu na sposób jaki ma przebiegać wyścig. Wszystko zostało wcześniej zaplanowane przez twórców. Rozgrywka toczy się na dziesięciu odcinkach, dzieląc je jeszcze na mniejsze etapy. Problem w tym, że na każdym mniejszym etapie mamy wyznaczoną ilość przeciwników do ,,wyelminowania'' z trasy. Jak to ma się do rzeczywistości? Załóżmy, że przyjechałeś na danym odcinku jako drugi, więc musisz powtórzyć ten segment rozgrywki. Nie masz wyboru, nie możesz wyminąć, powiedzmy dwudziestu zawodników na jednym segmencie trasy, ponieważ gra nie uwzględnia dwudziestu przeciwników na torze! Jeśli masz minąć dziesięciu zawodników, wyminiesz dziesięciu, jeśli trafi się tylko na trójkę przeciwników, możesz wyprzedzić trzech zawodników. Nie więcej, nie mniej.

Fabuła niestety też odchodzi na bok. Wiadomo, wyścigi są ważniejsze, ale po obiecującym początku liczyłem na więcej filmowych sekwencji. Historia przestaje się liczyć, poza początkiem i końcem (są też nic nie wnoszące sceny, aczkolwiek w jednym fragmencie panie zacnie się prezentowały ze swoimi autami). Ostatnie sceny bardzo mi się podobają – nie zapomnijcie obejrzeć filmiku po pierwszej części napisów końcowych (słychać w tle jadący samochód). Miło było ujrzeć Jacka w tak zabawnej scenerii.




Gazu ... Gazuuu! Skręcaj, na skróty!

Co do dalszych minusów najnowszej odsłony Need for Speed, wliczam konstrukcję tras. Są one bardzo proste, zakręty nie pojawiają się na tyle często, żeby zdejmować nogi z pedału, a nawet jeśli zdarzy wam się walnąć w bandę, odbijecie się. Tutaj tylko poinformuję osoby, które nie miały styczności z tą serią. Seria Neef for Speed to typowa zręcznościówka i nie opiera się na realizmie. Nie licząc kraks, które wyglądają bardzo efektownie. Najczęściej z powodu wjechania w ciężarówkę lub inny samochód pod prąd! Jeśli ktoś, kto lubi szybką jazdę i nie dba o bezpieczeństwo, ani nawet o skutki prowadzenia samochodu, ta seria idealnie mu przypasuje – ale nikomu nie mówcie, że zachęcam do brawurowej jazdy ;) Trasy mają ,,wbudowane'' skróty, które wielokrotnie umożliwiają skrócenie sobie trasy o ileś tam metrów, dzięki którym niejednokrotnie zostawicie przeciwników z tyłu. Niestety szybka jazda ma to do siebie, że często albo pominiemy skrót, ewentualnie nie wyrobimy się w zakręcie (uwaga, grozi kalectwem! czytaj: kraksą). Brakuje tu spowolnienia czasu, jak w Carbonie (jedna z odsłon NFS), która umożliwiałaby wprawniejsze wjechanie w skróty, bo nie zawsze się to udaje, zwłaszcza jak człowiek za późno skojarzy alternatywną drogę.

Do plusów w stosunku tras można zaliczyć krajobraz. Widoki zmieniają się tu w zatrważającym tempie. Przejeżdzając miasto wpadniemy na burzę piaskową, potem trafimy gdzieś, gdzie wszystko jest pokryte śniegiem, nie zabraknie też ślizgawic. Natychmiast potem natrafiamy na sielskie klimaty (wieś, polany), by kolejno wyruszyć w miejsca uprzemysłowione. Swoją drogą to ciekawe, czy ta podróż od San Francisco do Nowego Jorku tak wygląda. W każdym razie, jest kilka momentów, które zapadną wam w pamięć (jeden z nich jest właśnie etap pokryty śniegiem, został on także udostępniony w wersji demonstracyjnej, tylko na konsolę Xbox).

Chciałbym też przypomnieć o przegranych wyścigach na poszczególnych etapach. Jeśli zdarzy wam się nie ukończyć trasy jako pierwsi, a i to wydaje się mało możliwe, jeśli nie gracie chociażby na normalnym poziomie trudności, to wyskakuje coś takiego jak liczba powrotów. Podczas kraks jest tak samo, jeśli użyjecie powrotu, to powracacie do miejsca, w którym możesz wygrać wyścig, albo ewentualnie wracasz do miejsca, gdzie unikniesz kraksy. Aha, byłbym zapomniał, zdarza się, że jeśli wjedziecie tam gdzie nie trzeba, bądź wpadnięcie do wody lub w inny sposób, pojawi się również okienko z powrotem. Jest to bardzo drażliwy minus zabawy w The Run, zwłaszcza, jak okazuje się że jest możliwość kontynuowania jazdy bez powrotu, niestety twórcy nie przewidzieli takiej możliwości.


Bryka i dobra muzyka na chandrę
Wszystkie auta są w pełni licencjonowane, więc doświadczycie zaszczytu za kółkiem naprawdę szybkich, luksusowych aut. Bmw, Audi, Porsche, Lamborghini (Gallardo!) i kilka innych marek. Wybór jest, ale bardzo zdrobniony. Fani tuningu, zapomnijcie o wymianach alofelg i innych bajerach, tu co najwyżej zmienicie kolor samochodu. Zmiany szybkich aut dokonuje się na stacji benzynowej, pojawiają się na tyle często, że warto tam zajrzeć. Choć sądzę, że grę można spokojnie ukończyć jednym wozem. Jednym z największych plusów gry stanowi muzyka. Zmienia się w zależności od krajobrazu. We wiejskich klimatach zalatuje country, w mieście, w uszach dudni przeważnie iście filmowa nuta.

Gonią nas, panowie policjanci

Niejednokrotnie będziemy mieli styczność z policją. Są straszliwie dokuczliwi, mają niewątpliwie najszybsze auta jakie widziałem u władz. Im bliżej końca, tym gęściej się od nich roi. Dołóżcie do tego mafię, która chce nas sprzątnąć, a podwódjnie kłopoty zapewnione. Bez wątpienia końcowe wyścigi należą, że tak powiem, do nieco za bardzo przefantazjowanej. Chciałbym tu coś zdradzić, ale nie będę tego robił, nie chce nikomu psuć niespodzianki. Mimo to, że autorzy nieco przesadzili z pewnymi scenami (ale tutaj emocją jak wezmą górę, to można mówić tylko o plusie) to byłem zadowolony z tego, co działo się przez ostatnie trzydzieści minut rozgrywki.

Wspomnę jeszcze tylko o jednym i przejdziemy do podsumowania. Mamy też coś takiego jak specjalne wyścigi. Osoby, o których dowiadujemy się z biografii pojawiających się między wyścigami. Z nimi, co najwyżej będziecie mieć więcej problemów niż podczas ,,wyprzedź pod rząd kilku oponentów''. Potrafią się ścigach na wysokich obrotach. Licznik dobije do 300? Zapewne. A teraz Krzysiek coś przytoczy, była tam (w jednej biografii) pewna kobieta, która jest niesamowicie uzdolniona. Zafascynowało mnie to, że ona nie brała tam udziału ze względu na grubą kasę, tylko na wzgląd dobrej zabawy (nie pamiętam jak się nazywała) :)



Podsumowanie

Nie cierpię podsumowania do The Run, z jednej strony przyjemnie spędziłem te kilka godzin. Grałem ze cztery, ale spokojnie możecie odjąć o godzinę, albo i dwie (jeśli gracie na łatwym poziomie trudności). Aha, ostrzegam wszystkich, gra ponoć nie działa na XP!! Ogólnie wielu graczy uważa, że ma liczne problemy z grą. Problemy z płynnością, nawet na lepszych sprzętach. Wrażenia są dobre, nie jest to jednak w żadnym razie najlepsza część z serii. Kilka emocjonujących scen, i tak na dobrą sprawę po tym tytule nie wiele zostaje. Jak na wyścigi, za łatwa. Zwłaszcza, gdy podróż obejmuje wiele setek kilometrów. Uznajcie The Run jako film na raz, bo tutaj naprawdę większość rzeczy została poddana w ręce reżysera. Wszystko oskryptowane jak należy, aby było emocjonująco. Niestety zabrakło mi środka fabuły. Jest tam zwyczajnie za pusto. Polubiłem zwiedzanie okolicznych terenów, posłuchałem przyjemnej muzyki, pościgałem się znanymi samochodami w dynamicznych ujęciach, zwłaszcza na zakrętach, gdzie drift pomaga nam ,,doładować'' nitro, które możecie użyć by przyspieszyć działania silnika. Wiecie ile powrotów użyliście, ile kilometrów przejechaliście, wiecie na której pozycji uczestniczycie w przygodzie, wszystko podane między wyścigami. Smaczki są dobre, ale czy to był wyścig mojego życia, jak reklamował Black Box? Nie sądzę, w każdym razie, ja miałem większe przygody. Zagrajcie i sami oceńcie, jedni z Was pojeżdzą przez chwilę i zrezygnują z wyścigu do Nowego Jorku, inni zakończą szczęśliwie wyprawę po kasę, i będą zwyczajnie zachwyceni na te kilka godzin.

Plusy:

– Filmowość i związane z nią przerywniki filmowe w postaci QTE

– Panowie policjanci nie potrafią się bawić ;)

– Zróżnicowanie terenu

– Przyjemna – na ten raz można sobie pozwolić

– .... i w dzień, i w noc, wyścig trwa ...

– I za te piękne panie, które się do mnie uśmiechały :)

Minusy:

– Zbyt krótka, bacząc na to, że od San Francisco do Nowego Jorku nie jest aż tak blisko

– Liczne skrypty

– Poziom trudności

– Fantazja kogoś poniosła (możecie też zaliczyć jako plus)

– Hmmm... dobra, bawiłem się dobrze, nie będę dalej wyliczać, przeczytajcie recenzję!

2 Komentarz(e):

Ladies Tea Party pisze...

Oj aż przypomniały mi się czasy kiedy namiętnie grałam w NfS Most Wanted;) Z tego co piszesz to The Run nie ustępuje poprzednikom:)

Krzysztof ,,Chris'' Krawczyk pisze...

Właściwie to nie znam miłośnika interaktywnej rozrywki, który nie znałby tej serii. The Run nie jest w żadnym razie przełomem najbardziej znanych wyścigów, to po prostu dobra odskocznia od ... realizmu :)

Prześlij komentarz