sobota, 29 lipca 2017

Paczka ulubionych książek cz.1

Carlos Ruiz Zafón, czyli pisarz, którego doceniam. 

Podobnie, jak paczka ulubionych komiksów, ma odzwierciedlić mój stosunek do literatury. Przedstawiam artystów-pisarzy, którzy wpłynęli na to, co czytam, czym się zachwycam, po co biegnę do księgarni, czego szukam w literaturze lub kogo darzę sympatią. Od razu się przyznam, że nie jestem znawcą literatury (zawsze będę bliżej kina, nic na to nie poradzę). Potrafię czytać kilka dni z rzędu, ale pamiętam dni, kiedy nie czytałem od miesięcy, i biorąc do ręki powieść - czułem, jakbym uczył się od nowa poznawać świat wielkich możliwości. Literatura kształci, poważnie, to nie jest coś, co szkodzi, jak to bywa z kinem, gdy oglądasz paskudne filmy, po których masz wylew. Doceniam słowo pisane i je kocham na swój sposób. Nie muszę się zgadzać z krytykami, co jest dobrą, a złą literaturą, bo i tak piszę po swojemu oraz wyzywam, gdy coś mi się nie podoba, a ludzie się podniecają, jakby bez powodu. Z roku na rok robię się coraz bardziej ,,paskudny'', ale również jestem świadomy swoich ograniczeń czy wad, z którymi zacząłem się godzić. Paczka ulubionych książek nie jest czymś, co zmieni twoje życie lub nastawienie do literatury - po prostu wskażę drogę, co ja o tym myślę i co popieram. 







Tytuł: Lśnienie
Rok wydania (premiera): 1977
Rok wydania (Polska): 1990
Liczba stron: 514
Wydawca: Iskry (Polska)
Gatunek: Horror Psychologiczny
Autor: Stephen King


Nie jestem fanem twórczości Stephena Kinga, co więcej - nie potrafię czytać jego książek regularnie, bo się powtarza. Motyw choroby alkoholowej zbyt często widnieje na pierwszym planie, a religijne dewoty wyskakują jak filip z konopi. Filmy na podstawie powieści Kinga są z reguły złe lub bardzo złe. Ranią oczy, duszę i zabijają piękno scenariuszowej oraz operatorskiej inscenizacji. Wyjątkiem pozostaje ,,Lśnienie'', które ucieka od liniowości, taniochy gatunkowej czy dosadnej grozy, gdzie, zamiast ostrych narzędzi prym wiedzie wąż ogrodowy czy żywopłot (rzeczy mniej straszne, ale mocniej działające na wyobraźnię, są mniej efektowne, za to mają większy wskaźnik twórczy). Nie jest to horror współczesny, który próbuje nabawić czytelnika chorobą wieńcową w kanciasty sposób - prawdę powiedziawszy ,,Lśnienie'' nigdy nie powinno dostać łatki ,,straszaka'', gdyż na wierzch wychodzi dramat psychologiczny z domieszką przerażającej scenerii oraz degradacji umysłowej, gdzie demony rodzą się w ośrodku ludzkiej głowy - nie na zewnątrz czy z przyczyn naturalnych.

,,Lśnienie'' jest historią jednego człowieka z dezorganizacją społeczną i dekonstrukcją osobowości. O człowieku uzależnionym od trunków wysokoprocentowych, poddającego się władzy ,,ożywającego'' hotelu, gdzie duchy przemawiają ludzkim głosem, a nawet zachęcają do morderstwa w czynie zbiorowego urojenia. Opowieść, w której nie ma miejsca na wyolbrzymioną karykaturę. King wielokrotnie korzystał z wiedzy o parapsychicznych zdolnościach (Carrie, Zielona Mila, Smętarz dla zwierzaków), więc nie ma co się krzywić, że jedna z postaci korzysta z telepatii (oraz jasnowidzenia), bo to stały wątek w powieściach amerykańskiego pisarza. W zasadzie nie jest to lektura na jedno popołudnie. Ma spokojny rytm i nie atakuje zawałem serca od pierwszej sceny. Raczej buduje osaczający klimat negatywnej historii hotelu Panoramy, by później opisać człowieka jako istotę słabą, zdeprawowaną i zniszczoną przez własne ambicje oraz złe nawyki. To proces bez sędziego, kopie głęboko, na tyle, że zaczyna rozstrajać jednostkę, a bezpieczny azyl zamieniać w pierwszy krąg do piekła oraz wyniszczenia moralnego.



Tytuł: Marina
Rok wydania (premiera): 1999
Rok wydania (Polska): 2009
Liczba stron: 304
Wydawca: Muza (Polska)
Gatunek: Romans, Thriller
Autor: Carlos Ruiz Zafón

Carlos Ruiz Zafón, to nazwisko na tyle znane oraz szanowane, że chyba nie trzeba przedstawiać. W Polsce, jak i na świecie, uzyskał renomę największych pisarzy swojego pokolenia, których cechuje melancholiczny nastrój, przywiązanie do własnego kraju (choć nie są to powieści patriotyczne), jego opisy są delikatne, a dialogi kuszą poematem do wyrażenia siebie. Jest w nim coś z przeszłości: ów przelotna atmosfera, która bezpowrotnie umyka, jak deszcz na wietrze, gdy zaglądasz na stronice, wiesz, co cię czeka. Spodziewasz się dramatycznych postaci pełnych lęku i nadziei. Mgielnej narracji, w której odnajdujesz spokój i bratnią duszę. ,,Marina'' osadzona jest w Barcelonie - w latach 1979/1980. Niejaki Óscar Drai mieszkający w internacie - zafascynował się secesją pałacyków przy drodze na Vallvidrera w Katalonii. Wśród podupadłych odnóg spotyka tytułową Marinę - tajemniczą dziewczynę, córkę malarza Germána. Sama historia zaczyna się, jak z horroru - czarny kot zaglądający człowiekowi w oczy, jak diabelski omen czyhający na to, aby zesłać karę na włóczęgów przechadzających się po starych parcelach. Ale Marina z włosami o kolorze pszenicy uczestniczy w tym spektaklu i staje się, jakby widmem wydarzeń. Niech was nie zwiedzie początek, gdzie dominuje letnia groza czy szeroki wachlarz pisemny o uliczkach z dzielnicy Sarria. Szybko weryfikuje oczekiwania czytelnika czy jego mylne wrażenie, że trzyma straszydło w dłoniach i spodziewa się mrożących krew w żyłach historii z podwórka. Oczywiście, nadal będzie budził uczucie niepewności, a stare kamienice czy kanały sprawią, że będziecie się pocić przy najbliższej okazji.

Uspokajam jednakże, jeśli spodziewacie się czystej grozy, ponieważ kieruje się w stronę romansu splatanego z thrillerem oraz domieszką miejskich legend. Nigdy nie ucieka od swoich dbałych opisów Plaçy de Sarria. Zdarzy się, że twórca kreuje jakąś postać na kogoś, kim nie jest i wtedy ujawni jego przeszłość, co sprawi, że na ,,Marinę'' jako powieść spojrzymy inaczej. W zasadzie wolę za dużo nie zdradzać, ponieważ im mniej wiesz, tym większą radochę sprawi odkrywanie pochmurnej Hiszpanii oraz tego, co czai się w posiadłościach wyjętych z XIX wieku. Sama okładka nawiązuje do gotyku, więc rozumiecie, skąd ta fascynacja Zafóna, żeby mieszać gatunki. Jeśli szukacie romantycznych przygód w samym sercu Katalonii - zajrzyjcie do ,,Mariny''. Jeśli wolicie horror z prawdziwego zdarzenia - odsyłam do twórczości Lovecrafta, ponieważ hiszpański pisarz nie skupia się na wywoływaniu odrazy, jest to bardziej zjawisko niż strach. Co nie zmienia faktu, że Zafón potrafi balansować na cienkiej granicy między tym, czym jest jawa, a upiór z dreszczowca. Jest to subtelna gra z czytelnikiem, nie wali łopatką i nie pisze jednoznacznie, że mamy się bać czy wzruszać na scenie przy morzu. Polecam wszystkie powieści tego zdolniachy z Barcelony, gdyż imponuje słownictwem oraz zostaje w pamięci jako artysta zaklinowany w czasach przeszłych - odzyskując to, co utracone. 



Tytuł: Pirlo. Myślę, więc gram
Rok wydania (premiera): 2014
Rok wydania (Polska): 2014
Liczba stron: 264
Wydawca: Sine Qua Non (Polska)
Gatunek: Biograficzny
Autor: Andrea Pirlo, Alciato Alessandro

Andrea Pirlo, to sportowiec, który widniałby na osobistych listach 50 najlepszych i najważniejszych piłkarzy, jakich spotkałem na swojej drodze życia. Środkowy pomocnik z bajeczną techniką, sokolim okiem, ze zmysłem do rozdawania piłek. Wizjoner, od którego zaczyna się najazd na przeciwnika drugiej drużyny na polu piłkarskim. Mistrz Świata z 2006 roku przedstawia się jako ,,normalny człowiek''. Nie chwali się i daleki jest od charakteru buca czy zadufanego w sobie piłkarzyka, jak zwykła mawiać Klaudia z mojego podwórka, gdy spotykała się z grajkiem II ligi. Pirlo od dziecka był podziwiany, lepszy od rówieśników, poruszał się inaczej niż ktokolwiek występujący na boisku. Człowiek skazany na sukces, ale Pirlo unika wywyższania się ponad innych. Ceni się jako piłkarza, wie, do czego jest zdolny, ale nie stara się nadać sobie boskich atrybutów, nie stosuje obraźliwych porównań, nie przepada za mało inteligentnymi sportowcami (nie podziwia popularnych kolarzy, gdyż stosowali doping). Doskonale rozumie, że aby wygrywać - potrzebny jest zespół, a nie jeden instrument, choćby wznosił się na wyżyny i poruszał tłumy. Pirlo imponuje poczuciem humoru - z książki wynika, że lubił psocić (szczególnie podczas integracji reprezentacyjnych, gdy Gattuso powoływany był do składu przez trenera), grał na Playstation z przyjacielem przed wielkim finałem, by wieczorem unieść puchar w geście triumfu. Nienawidzi treningów, do czego się przyznaje.

Pirlo w swej autobiografii daje wyraźny głos oburzenia na plebiscyt Złotej Piłki, która od dawna przestała mieć znaczenie (podzielam jego zdanie). Wyraźnie zaznacza, że we włoskiej lidze źle funkcjonuje system kibiców, którzy są zaślepionymi fanatykami, co prowadzi do walk między klubami oraz do okaleczenia samych piłkarzy z drużyn, których się ,,nie lubi''. Podkreśla problemy świata, w jakim się otacza (bywają beznadziejni dyrektorzy sportowi, pieniądz jako wartość najwyższa, korupcja, niedocenianie i brak zrozumienia piłkarzy, dziennikarze sportowi jako banda skończonych, upośledzonych pajaców). Docenia trenerów, którzy widzieli w nim to, co on widział w sobie samym. Wbrew pozorom - piłka nożna nie jest czymś, co zawsze kochał. Daje upust złości, czasem zniechęcenia i niechęci do sportu, z którego żył, i dla którego kochał życie. ,,Myślę, więc gram'', to w sumie parafraza ,,Myślę, więc jestem''', jakże dosłowna i scharakteryzowana. Wiele osób jest w błędzie, że piłka nożna to ślepe brnięcie do przodu, że to tylko gra, gdzie dwudziestu dwóch wariatów goni za piłką. Błędne myślenie, gdyż Pirlo ją przetrzymywał, szukał miejsca, do którego mógłby ją zmieścić, gdzie przerzucić, gdzie byłaby ,,nietykalna dla wrogów'', aby ułatwić napastnikowi trafienie do siatki. To książka nie tylko dla fanów Pirlo, dla miłośników sportu drużynowego, ale dla osób, które chciałyby poznać piłkarza, który miał coś w głowie i nie robił z siebie gwiazdy, jak Pogba, Bendtner czy inne oszołomy: z Pique na czele.



Tytuł: Tarzan wśród małp
Rok wydania (premiera): 1912
Rok wydania (Polska): 1914
Liczba stron: 285
Wydawca: Zysk i S-ka (Polska)
Gatunek: Przygodowy
Autor: Edgar Rice Burroughs

Pierwsze spotkanie z Tarzanem - człowiekiem wychowanym przez małpy - odbyło się, jak byłem małym dzieckiem łasym na kreskówki i filmy animowane Disney'a, którego z czasem zacząłem mniej podziwiać, gdyż pojąłem, że dużo tam pustych treści lub rzeczy bezpośrednio adresowanych do starszych widzów, gdzie targetem nie powinny być małe brzdące, a nastolatkowie (wolę animacje od studia Ghibli czy produkcje Nickelodeon). Tarzana lubiłem zawsze - czy była to gra komputerowa, czytanka dla maluchów czy ekranizacja filmowa. Łykałem, co się dało, ale szczerze mówiąc, to zaburzyło myślenie o dzikim człowieku urodzonym na afrykańskiej wyspie. Gdy bierzemy oryginał do rąk - widzimy, jakie zmiany nastąpiły względem pierwowzoru. Tarzan na wyblakłych stronach prezentuje się jako zabijaka, który musiał wybierać przemoc, aby przetrwać i nie dać się zabić okrutnym zwierzętom. Stracił rodziców w przykrych okolicznościach stając się sierotą porzuconym na pastwę losu. Potem zaczął tracić kolejnych przyjaciół wśród nieokiełznanych stworzeń w dżungli. Nie znał nikogo, kto byłby z jego rodu. Od urodzenia skazany na to, by żyć w puszczy, a nie w cywilizowanym kraju. I kiedy wydawało się, że jak spotka drugiego człowieka, to stanie się jednym z nich, ale to bolesna lekcja o tym, że pewnych rzeczy nie przeskoczymy, że gdy przestaniemy zachowywać się, jak zwierzę - nie oznacza, iż będziemy we wspólnocie z ludźmi. Tarzan na kartach powieści zmaga się z wieloma uczuciami: brakiem akceptacji ze względu na to, że nie ma kudłów, strachem przed odrzuceniem - mimowolnie zakochuje się w arystokratce. Jest odważny, sprytny i podziwiany z jednej i drugiej strony: przez stado małp i dwunożne istoty. Ale często czuje się osamotniony, ponieważ nie chce porzucać dawnego stylu życia, tylko dlatego, że ludzie nie zachowują się, jak wściekłe goryle czy człekoształtne stworzenia jedzące bez widelca czy noża. 

Tarzan w powieści jest postacią skazaną na samotność. Wiecznie podlega prawom natury i prawom wyższych sfer, gdzie nie ma miejsca na swobodę i dzikość. Burroughs dużo miejsca poświęca opisom samodzielnych nauk Tarzana, gdyż nie miał nauczycieli, którzy nauczyliby go czytać lub pisać, a jak pokazuje książka, jest to cecha, która od samego początku ułatwiłaby życie naszemu bohaterowie oraz wskazała na właściwy trop, kim są ludzie, co przybyli na bezludną wyspę. Mimo wieku - książka się nie zestarzała, choć czasem autor przesadza z ilością brutalnych scen, maniakalnie przywołując walki władców buszu, a nie oszukujmy się - bardziej jesteśmy zainteresowani tym, jakie relacje dzielą Tarzana ze zwierzętami oraz ludźmi niż czytanie o podbojach dżungli. Walka o przetrwanie - pitu pitu - wolę, jak zaczyna się konkret i czym kieruje się człowiek wychowany przez małpy, bo to rzuca nowe spojrzenie na naszą ,,niby'' idealną społeczność, która lubi czuć się jako gatunek rozwinięty, mądrzejszy lub mniej narwany (skakanie po drzewach w dzieciństwie przechodzi, ale jak dorastasz, raczej unikasz tego rodzaju akrobacji). W każdym razie użyteczna lektura. Smutna, przepełniona katastrofą młodego człowieka, który nigdy nie czuł się w pełni ani zwierzęciem, ani częścią rodzaju ludzkiego. 



Tytuł: Zbrodnia i kara
Rok wydania (premiera): 1866
Rok wydania (Polska): 1887
Liczba stron: 692
Wydawca: MG (Polska)
Gatunek: Kryminał, Psychologiczny
Autor: Fiodor Dostojewski


Jedna z nielicznych lektur szkolnych, które pochłaniają i pozostają uniwersalne. Świeża, autentyczna, pokoleniowa. Ów historia nie ulegnie rozkładowi, będzie na czasie, pozostanie świadectwem mądrości oraz dramatu człowieka. Wielu znakomitych artystów, jak Akira Kurosawa, Piotr Dumała, wspomniany Zafón doceniają wkład Dostojewskiego w literaturę. Większość go chwali, ja również. Jedyne, co mogę zrobić, to walić banałami i komunałami, bo co mogę dodać, co napisać, żeby się wyróżniać na tle eseistów czy autorów, którzy przebadali twórczość rosyjskiego mistrza ludzkiej psychiki? Zaczyna się jak nieporadny kryminał, gdzie morderca nie jest ani wspaniałomyślny czy idealny w swoim zamiarze - nie docenił siły sumienia, które sprawiło, że nie wytrzymał wewnętrznego rozdarcia oddając się w ręce sprawiedliwości. Na pewno nie jest to powieść, która ma cię zaskoczyć fabularnie. Sam tytuł brzmi jak spoiler. Ktoś popełni zbrodnię i zostanie za to ukarany. To wstęp do szerszej dyskusji, bo kryminały często traktują zbrodnię jako coś, do czego nie mamy zastrzeżeń, traktujemy to jako zabawę do odszukania sprawcy, żebyśmy się stali detektywami i sami zaczęli szukać winowajcy, a Dostojewski nie chce, żeby ludzie zachwycali się morderstwem, że kto to zrobił - zgadujmy! Z racji, że Fiodor grzebie w psychice - odsłania na wierzch każdy absurdalny pomysł na to, że zbrodnia jest uzasadniona. Że to tylko jeden, zbędny człowiek, którego śmierć nic nie znaczy, że nikt się nie przejmie, iż robimy przysługę światu. Nie, Dostojewski jest przeciwko kalkulacji, przeciwko zabawie w Boga czy uważaniu samych siebie jako ludzi wyjątkowych. Zawsze postrzegałem tę lekturę jako sygnał niebezpiecznego ingerowania w ludzkich słabościach. Odsłanianiu ich i zabijaniu za to, że ludzie są słabi, chciwi, okropni i niedorzeczni. Nasze plany są śmieszne, ale Dostojewski nie robi nikogo w potworów, tutaj jeszcze wierzy w człowieka, co innego w ,,Biesach'', gdzie nie ma żadnych bohaterów godnych pochwały, bo ludzkość nigdy nie będzie bohaterem dla samego siebie - raczej demonizacją pragnień.

,,Zbrodnia i kara'' nawet nie jest powieścią o zbrodni! To kryzys człowieka rozczarowanego Bogiem, ludźmi i realiami życia społecznego, gdzie zamiast wzajemnie się wspierać - odbieramy sobie cenne wartości. Być może jest to subtelna aluzja, że dobrzy ludzie czynią zło i głupoty, właśnie z przyziemnych powodów. Z urojonych dziwactw czy wmawiania sobie, że robimy coś w imię społecznej przynależności. Że jesteśmy nietykalni, boscy i wielcy, jak bogowie w świątyniach. Dostojewski nie zawraca sobie ,,gitary'' prostymi pytaniami, on chce dociec istotę naszej rzeczywistości, zrozumieć ludzi słabych (nie oceniać po tym, co zrobili). Może właśnie stąd wynika słabość, że traktujemy siebie jako kogoś lepszego, zawsze znajdzie się ktoś bardziej bogaty, bardziej religijny czy bardziej utalentowany, dlatego Dostojewski chyba celowo zrywa z mitem, że przy odpowiedniej filozofii i zbrodnia staje się naszym celem oraz  potwierdzeniem naszej zguby. A zbrodnią była myśl, która wystarczyła, aby wywołać lawinę nieszczęść. 

0 Komentarz(e):

Prześlij komentarz